środa, 20 września 2017

Anna Kamińska: "Miastowi. Slow food i aronia losu" - recenzja

Anna Kamińska: "Miastowi. Slow food i aronia losu" - recenzja

A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady? To sformułowanie funkcjonuje już chyba w kulturze jak internetowy mem, ale przyznajmy szczerze, ile razy zdarzyło nam się o tym pomyśleć tak na poważnie? Mnie jeszcze na to nie stać - finansowo i mentalnie, ale dzięki Miastowym Anny Kamińskiej mogę poczytać o ludziach, którzy się na taki krok zdecydowali i, jak wynika z książki, wcale nie żałują. Chociaż te Bieszczady trzeba wziąć w nawias, ponieważ bohaterowie Miastowych rozlokowaniu są po "końcach świata" w całej Polsce - tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, a psy szczekają tylną częścią ciała.

Reporterka Anna Kamińska przeprowadziła ponad dwadzieścia rozmów z "wariatami", "szaleńcami", "ekscentrykami", jednym słowem "nienormalnymi" ludźmi, którzy po latach spędzonych w wielkim mieście zdecydowali się wyprowadzić na wieś. I - uwaga - zrobili to, zanim stało się to modne. Należy bowiem podkreślić (dla mnie to jeden z ważniejszych atutów tej książki), że Miastowych wydano w 2011 roku, a niektóre z historii były jeszcze wcześniej publikowane na łamach prasy, czyli przed wielkim boomem na slowlife. Mamy więc do czynienia z relacjami prawdziwych freaków, którzy pewnie nie mieli pojęcia, że ich styl życia za kilka lat będzie tak pożądany przez wielkomiejskich postkorporacyjnych hipsterów. 

Historie zamieszczone w zbiorze są niezwykłe i wbrew pozorom mocno się od siebie różnią. Małżeństwo ze stolicy otworzyło w starej oborze studio fotograficzne, Szwajcar i warszawianka prowadzą biopiekarnie, a lalkarz z Opola zaraża teatrem lalek pół Podlasia. To opowieści o szaleństwie, pasji, miłości, ale i trudach, które napotykali przy życiowej rewolucji - nie ma tutaj nadmiernej cukierkowości. Przykładowo para, która zdecydowała się ze Szczecina przenieść w Bieszczady, zanim wybudowała własny dom, przez 1,5 roku mieszkała w chacie bojkowskiej z jodłowych bali i myła się w misce, wodą grzaną w kaflowej kuchni. 

"Sukces to dla nich jednak nie tylko 'światowość', gdzieś na końcu świata, tylko życie w zgodzie ze światem. I z samym sobą. To poczucie szczęścia, że oni - "miastowi", jak nazywają ich mieszkańcy wsi - dokonując życiowej rewolucji, znaleźli na wsi swój pomysł na życie i pracę." (fragment wstępu)

Anna Kamińska zebrała historie osób, które odważyły się żyć na własnych zasadach. W sposób jak najbardziej przemyślany, świadomie godząc się na konsekwencje swoich wyborów - ich blaski i cienie. Miastowi to bardzo krzepiąca lektura, pokazująca, że jak się bardzo chce to wiele można. Mnie na pewno podniosła na duchu i kieruje błądzące myśli o przyszłości na tor, o którym przecież marzę od dawna.

Żałuję tylko, że nie można w pełni zachwycić się opisywanymi miejscami, ponieważ zamieszczone w książce zdjęcia są czarno-białe (serce się kraje, że wieś pozbawiono kolorów). No i okładka jest okropna. Zupełnie nie rozumiem o co chodzi z tymi nożyczkami i butem. Że niby w mieście wszyscy biegają na obcasach, a na wsi trzeba je odciąć? Hę? Ale nożyczki z grzbietu prowadzą już zupełnie do nikąd... Dobrze, że przyciągnął mnie tytuł i zerknęłam na blurba, który mnie porwał. Zawartość jest cudowna, więc było warto!

Anna Kamińska, Miastowi. Slow food i aronia losy, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2011.

środa, 13 września 2017

Elif Shafak: "Czarne Mleko" - recenzja

 Elif Shafak: "Czarne Mleko" - recenzja

Są książki, które czytamy zachłannie, od deski do deski z krótkimi przerwami na sen, posiłki i toaletę. Czarne mleko Elif Shafak z pewnością do nich nie należy. To książka, która towarzyszyła mi przez ostatnich kilka miesięcy. W tym czasie przeczytałam kilkanaście innych pozycji, ale to właśnie lektura tej powieści była tą nawracającą potrzebą dłuższego obcowania ze słowem. Odkładania go i niespiesznego zaczepiania ponownie. Tak, Czarne mleko to jedna z tych książek, które chce się czytać długo, spokojnie, bez presji. Im wolniej, tym lepiej. Może nie stała się moim przewodnikiem, ale pewnego rodzaju towarzyszem w procesie zaglądania wgłąb siebie.

Podobno, kiedy mówi się o tureckiej literaturze na świecie jako pierwsze pojawia się nazwisko Orhana Pamuka, a zaraz po nim wymienia się Elif Shafak, autorkę Czarnego mleka. No cóż..., wygląda na to, że jestem wielką ignorantką światowej literatury, bo jej nazwisko mówiło mi dokładnie nic. Cieszę się jednak, że trafiłam akurat na tę pozycję Shafak, która w dużej mierze jest powieścią autobiograficzną. To z pewnością zachęci mnie do sięgnięcia po wykreowany przez nią świat fikcji.

Choć opisy wydawnicze i blurby promują Czarne mleko jako opowieść o depresji poporodowej, to jednak w rzeczywistości temu zagadnieniu poświęconych zostało zaledwie kilka ostatnich rozdziałów książki. W mojej opinii jest to opowieść o zmaganiach z kobiecością, jej ciągłym odkrywaniu i próbach redefinicji.

Droga kształtowania własnego pomysłu na kobiecość, którą prezentuje czytelnikom Shafak, rozpoczyna się, gdy bohaterka jako bardzo młoda pisarka spisuje swój manifest singielki, w którym kategorycznie oświadcza, że pozostanie sama do końca życia. Wiadomo, w młodym wieku najłatwiej wyrzuca się z siebie wielkie słowa i staje na czele walk o ideę. A potem każdy wie, jak to jest... przychodzą hormony albo jeszcze gorzej - proza życia i ideał sięga bruku ;).

Shafak przez wiele stron zastanawia się jak to jest z tymi rolami kobiety. Kariera, czy macierzyństwo? Bycie singlem, czy rodzina? Czy w ogóle możliwe jest połączenie jednego z drugim? Konkretnie: czy pisarka może być matką, czy może jej jedynymi dziećmi powinny być kolejne książki? Bohaterce w rozważaniach pomagają, choć czasem chyba bardziej przeszkadzają, "Calineczki" - jej wewnętrzne głosy, przybierające sześć postaci - od kobiety wampa, przez ekscentryczną intelektualistkę, pannę praktyczną, romantyczną, zamartwiającą się ambicjonalistkę, aż po stereotypową, nadopiekuńczą mamcię. Wzajemnie się zwalczają i próbują zdominować psychikę bohaterki, której bardzo ciężko przychodzi podejmowanie decyzji... Nie będę zdradzać, co z tego wyniknie, finału poszukajcie sami.

Warto jeszcze dodać, że historia głównej bohaterki przeplatana jest krótkimi esejami na temat różnych znanych kobiet. Mamy więc Virginię Woolf, Zeldę Fitzgerald, Sylvię Plath, Mary Ann Evans (George Eliot) i wiele, wiele innych słodko-gorzkich historii artystek, które wybierały różne ścieżki w byciu kobietą.

Swój egzemplarz Czarnego mleka znalazłam po angielsku w "taniej książce", ale jest ono także dostępne w polskim tłumaczeniu w Wydawnictwie Literackim. Polecam gorąco z całego serca wszystkim kobietom, szczególnie tym, którym dylematy przyjęcia postawy wobec twórczego spełniania i macierzyństwa nie są obce.


PS, Historia Elif Shafak - pisarki i aktywistki, która przechodzi drogę od radykalnych manifestów feministycznych do pewnych przemian w obliczu macierzyństwa brzmi znajomo... Też przypomina Wam o pewnej polskiej pisarce-feministce, którą niektórzy mylą z sędzią Anną Marią W.? ;) ;)


środa, 23 sierpnia 2017

Co w życiu jest najważniejsze (a także: gdzie byłam, gdy mnie nie było)?

Co w życiu jest najważniejsze (a także: gdzie byłam, gdy mnie nie było)?

Do niedawna na pytanie, "co w życiu jest najważniejsze?" bez wahania odpowiadałam, że miłość. Teraz moja odpowiedź brzmiałaby: wolność. Dlaczego? Może zabrzmi to jak ckliwy napis Helveticą na czarno-białej fotografii, ale zrozumiałam, że niemożliwa jest miłość bez wolności.

Brzmi jak oczywistość? Szczerze gratuluję, bo mnie zajęło sporo czasu, by móc to dostrzec. Nie mam na myśli patologicznych sytuacji, gdy partner/ka, rodzic, czy ktokolwiek inny w jakiś sposób ogranicza naszą wolność (czytanie korespondencji, wypytywanie co, gdzie, z kim, o której i inne obrzydliwe scenki). 

Chodzi o przekonania, które otrzymujemy w prezencie od rodziny, środowiska, kultury i mediów. Przekonania, które zniewalają nasze umysły i tworzą mgliste przesłony, zniekształcające nam obraz rzeczywistości, nierzadko wpędzając nas w kompleksy. To tak naprawdę może być wszystko. Presja, żeby nie zbłaźnić się wśród rówieśników, przekonanie, że jest się tak beznadziejnym, że nie zasługuje się na miłość, że trzeba zjeść ciasto szpinakowe cioci Zosi, chociaż nienawidzi się szpinaku, bo przecież ciocia nas znienawidzi albo umrze z bólu, jaki jej zadamy odmową (nie umrze #truestory). Słowem wszystko to, co bezpośrednio lub w jakiś pokrętny sposób wpędza nas w kompleksy, lęki i paraliżuje przed podjęciem jakiegoś działania.

Ostatnich kilka miesięcy poświęciłam na to, by nauczyć się dostrzegać swoje przesłony i małymi krokami zacząć odzyskiwać wolność. To proces, który wciąż trwa i pewnie nie ma końca, ale efekty drogi, którą podjęłam są dla mnie zauważalne na tyle, że mogę do Was dziś napisać. 

Gdzie byłam, gdy mnie nie było? Głównie we własnej głowie, ale też wśród lasów, pól, gór, plaż, miast, miasteczek, wsi i niewielkiej liczby ludzi. 

Co teraz? Chcę wrócić do tej przestrzeni, którą sobie stworzyłam. Mam nadzieję, że uda mi się zachować większą regularność wpisów. Z pewnością będą pojawiać się tu teksty poświęcone moim lekturowym doświadczeniom, ale nie samą literaturą człowiek żyje (nawet jeśli doktoryzuje się z literaturoznawstwa, jest recenzentem, a w wolnej chwili najczęściej sięga po książkę dla przyjemności ;)).  Chcę dzielić się z Wami czymś więcej, moją myślodsiewnią, która - mam nadzieję - stanie się przyczynkiem do refleksji i zamiany z Wami kilka słów. 

To co, napijecie się znów herbaty? Może zielona z trawą cytrynową? Imbir na rozgrzanie? Rumianek? Melisa? Coś wybierzemy! 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Luis Sepulveda - Dziennik sentymentalnego killera; Kajman

Luis Sepulveda - Dziennik sentymentalnego killera; Kajman

Dwie powieści kryminalne zapisane na niespełna stu stronach. Niebywałe? A jednak. Jakiś czas temu w Matrasie wpadła mi w ręce niewielka książeczka wydana przez Noir sur Blanc. Najpierw zachęciła mnie minimalistyczna okładka, a chwilę później jej opis. Ściślej mówiąc, pięć pierwszych słów: "Luis Sepulveda, znany chilijski pisarz". Pomyślałam sobie: "hmm! Chyba nie znam żadnego chilijskiego pisarza" i ruszyłam do kasy. Muszę przyznać, że jestem ignorantką na wielu poziomach, jeśli chodzi o literaturę światową, ale jak widzicie biję się w pierś i staram się to zmienić. 

Wstyd mi, że nie znałam do tej pory tego autora, ale zrobiłam już mały research i mogę podzielić się z Wami kilkoma faktami. Po pierwsze Sepulveda należy do grona najczęściej tłumaczonych pisarzy hiszpańskojęzycznych na świecie. Po drugie od zawsze był bardzo zaangażowany politycznie. Najpierw jako współpracownik prezydenta Allente, po juncie w 1973 roku pod przywództwem Pinocheta został aresztowany i torturowany oraz skazany na 28 lat więzienia. Dzięki interwencji Amnesty International kara została skrócona do 8 lat. W późniejszym czasie Sepulveda brał udział w rewolucji w Nikaragui, a po przymusowej emigracji do Europy czynnie wspierał działania Greenpeace'u. Jak widzicie sama biografia autora mogłaby stać się kanwą ciekawej powieści. 

Wróćmy jednak do książki. Jak już wspomniałam zawiera ona dwie mikropowieści kryminalne. Pierwsza z nich to Dziennik sentymentalnego killera. Opowiada historię płatnego zabójcy, którego praca i życie wywraca się do góry nogami pod wpływem, a jakże, pewnej kobiety. Wyobraźcie sobie, co może się stać, gdy u bezwzględnego zabójcy do głosu dochodzą emocje... Druga z powieści - Kajman dotyczy śledztwa w sprawie śmierci wpływowego włoskiego przemysłowca. Mroczne powiązania z przeszłością kierują nas wprost do amazońskiej dżungli i nieznanego plemienia Indian Anare. 

Kryminał jak kryminał można by pomyśleć. Nic bardziej mylnego! Przyznam się Wam, że po kilku pierwszych akapitach pomyślałam: "o borze, co ja kupiłam?". Dopiero po chwili zorientowałam się, że zamiast z grafomanią mam do czynienia z powieścią "z drugim dnem". Autor celowo bawi się konwencją kryminału do granic możliwości. Wykorzystuje znane wszystkim klisze, obnaża stereotypy, a nawet język, który charakterystyczny jest dla "męskich" (he, he) kryminałów sensacyjnych. I gdy już myślisz, że "come, on", gorzej być nie może, Sepulveda pokazuje, że a i owszem. Kreacje bohaterów, rekwizyty, przestrzenie są tak "ograne", a jednocześnie wyolbrzymione, że czytając ciągle otwierałam oczy ze zdumienia.

Ale to jeszcze nie wszystko. Sepulveda bowiem w cały ten "popkryminalny" świat wplata jeszcze elementy surrealizmu i trzeba przyznać - jest w tym całkiem dobry. Zdecydowanie lepiej czytało mi się tę książkę, wyobrażając sobie, jak wyglądałyby opisywane sceny w reżyserii Michela Gondry'ego (kto widział "Dziewczynę z lilią" lub "Jak we śnie", ten wie, o czym mówię). 

Jeśli jesteście fanami kryminałów lub cieszą Was zabawy konwencjami w "odjechanym" klimacie, polecam spotkanie z Sepulvedą. Ostrzeżenie dla wrażliwych: uprzedmiotowienie kobiet i "umaczowienie" głównego bohatera może wywołać mdłości. Poza tym jest dużo seksu, a co drugie słowo jest niecenzuralne. Jazda bez trzymanki, ale w słusznym celu (niech żyje pastisz!) :)

sobota, 22 kwietnia 2017

Robert Seethaler - "Całe życie"

Robert Seethaler - "Całe życie"

Moda na minimalizm i hygge trochę poprzewracała nam w głowach. Prostota kojarzy się teraz z określonymi produktami, typami zachowań i bardziej jest to sałatka 
z jarmużem i granatem niż kanapka z serem i szynką, choć tej drugiej chyba nikt przy zdrowych zmysłach też nie odmówiłby prostoty. Strefa relaksu to koniecznie ciepłe skarpety w nordyckie wzory, koc z wełny czesankowej 
i herbata z bio składników –  najlepiej w jakimś ogromnym kubku z slowlifestyle’owym napisem. 

Ten nasz powolny tryb życia w zgodzie z naturą często wymaga od nas więcej zachodu i nabrzmiewa jak balonik ze Stumilowego Lasu. Pamiętacie tę scenę? Były urodziny Kłapouchego i Prosiaczek tak spieszył na przyjęcie, ściskając balonik, że upadł i go „pękł” („Tylko balonik…Ach, Kłapouszku, ja go pękłem!”). Koniec końców, obeszło się bez histerii, a nawet okazało się, że pęknięty balonik, dobrze wykorzystany, też może sprawić przyjemność. Może trochę pokrętne to porównanie, ale tak, według mnie, działa Całe życie Roberta Seethalera - „pęka” balonik medialnego szumu wokół slowlife i minimalizmu. Jest pochwałą prostoty, ale i zwyczajności.

Całe życie opowiada historię Andreasa Eggera, która, choć przedstawiona okiem trzecioosobowego narratora,  wydaje się spleciona na podstawie wspomnień bohatera. Pamięć w ogóle odgrywa niebagatelną rolę w tej powieści, do czego jeszcze wrócę. Egger od dzieciństwa wychowuje się w rodzinie bauera Kranzstockera, który to przygarnął go po śmierci bratowej – matki chłopca. Andreas traktowany bardziej jako tania siła robocza niż członek familii, po osiągnięciu dojrzałości wyprowadza się „na swoje”. Pracuje fizycznie, podejmując się różnych prac, w tym tych związanych z budową kolei linowych. Akcja powieści rozgrywa się bowiem w sercu austriackich Alp, w środowisku, w którym ludzie są nierozerwalnie sprzężeni z naturą.  

W książce Seethalera życie nie płynie dynamicznie, ani nie płynie leniwie. Po prostu płynie, a ludzie zdają się godzić 
z czasem i wydarzeniami, które zmieniają ich życie. Nie ma bohaterów, którzy szamotaliby się z tym, co przynosi kolejny dzień nawet, jeśli niektóre wydarzenia drastycznie wpływają na ich życie. Losowe wypadki skłaniają ich jednak do refleksji o charakterze filozoficznym. I, jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to właśnie do tego, że ta refleksyjność czasem nie jest do końca wiarygodna. Nie zawsze wierzę fizycznym pracownikom, bez wykształcenia 
i „obycia w towarzystwie inteligentów", w pięknie ułożone zdania, poruszające np. kwestię tego, co to znaczy być człowiekiem w odniesieniu do jego cielesności... Ale taki jest świat alpejskich wiosek stworzony przez Seethalera - pełen prostych filozofów. 

Andreas Egger wpisuje się w rolę wiejskiego robotnika 
o marzycielskiej naturze. Jest przy tym postacią niezwykle urokliwą. Rozczulająca jest scena, w której dowiadujemy się, że na swej działce nazywał on kamienie, a gdy skończyły mu się imiona nadawał im słowa. A gdy w którymś momencie uświadomił sobie, że na jego ziemi było więcej kamieni niż znał słów, zaczął po prostu od początku. Egger w ogóle jest niepoprawnym romantykiem, zagubionym gdzieś w chłopskim świecie. Nie zdradzę, jakie oświadczyny wymyślił dla swojej kobiety, ale wskoczył dla mnie na sam szczyt kreatywności, bijąc na głowę wszystkie pomysły zgromadzone na youtubie. W historii miłości Eggera i Marie, Seethalerowi udało się ująć też jedną z subtelniejszych 
i wysmakowanych scen erotycznych, jakie czytałam  - jakieś ciepło rozlało mi się po sercu, przy słowach: „chodź – szeptała w mrok, a Egger był jej posłuszny”.

Językowo i stylistycznie Całe życie  jest bardzo smaczne. Pisałam już na Instagramie, że zazdroszczę Seethalerowi smykałki do łapiących za serce wywijasów (np. "sutanna łopotała mu wokół ciała niczym zmierzwione pióra kawki") na tle zgrabnych, prostych zdań. Wszystko z umiarem 
i powoli. Tak, jak by się chciało. 

Ktoś może zarzucić, że "zalatuje" tu za mocno bełkotem Coelho, ale raczej się z tym nie zgodzę. Seethaler to inna ranga. Nie jest tak nachalny w swoich „złotych myślach”, 
a także stosuje zabiegi stylistyczne, których na próżno szukać w powieściach brazylijskiego pisarza. Jako argument podam obrazy śmierci, które w Całym życiu za każdym razem są tak absurdalne, a przy tym mimo wszystko całkiem wiarygodne, że nie wiem, jakiego słowa użyć, by je opisać. Przykładowo: matka bauera dusi się upadłszy głową w ciasto przy pieczeniu chleba (nie pomnę o ręce nieboszczki babuni, machającej z trumny w kondukcie żałobnym).

Gdybym jednym słowem musiała określić, o czym jest  Całe życie, wybrałabym chyba przemijanie. Przemijanie związane z historią (sytuacja polityczne, rozwój przemysłu, automatyzacja pracy), jak i z życiem jednostki, które łączy się też z pamięcią, a tak zaś m.in. wskazuje na ciało, które w powieści staje się tworzywem do jej zapisu. 

Polecam tę książkę miłośnikom Wiesława Myśliwskiego, Mariana Pilota, a także tym, którzy mają dość zalewu "pseudoprostoty" i robienia z niej bożka. W Całym życiu  sięgamy głębiej. 

Zostawiam Was z bardzo wymownym fragmentem:
  
„Jedno wielkie dziadostwo z tym umieraniem – powiedział. – Z czasem człowieka po prostu ubywa. U jednego idzie to szybko, u innego może potrwać. Od chwili narodzin tracisz po kolei jedno po drugim, najpierw palec, potem całe ramię, najpierw ząb, potem wszystkie zęby, najpierw wspomnienie, potem całą pamięć i tak dalej, i tak bez końca, póki w którymś momencie nic już nie zostaje. Wtedy zgarniają resztkę ciebie do dołu, zakopują i fertig.”

Premiera książki 24 maja - możecie zacząć odkładać drobne do skarbonki - warto! 

wtorek, 21 marca 2017

Światowy Dzień Poezji: Polacy nie gęsi - swe poetki mają

Światowy Dzień Poezji: Polacy nie gęsi - swe poetki mają




Ostatnio na Instagramie zaobserwować można szał na "Mleko i miód" Rupi Kaur. Z jednej strony bardzo mnie to cieszy, zwłaszcza, gdy po poezję sięgają osoby, które na co dzień zaczytują się przede wszystkich w bestsellerowych powieściach popularnych (czasem się zastanawiam, jak niektórzy je rozpoznają, bo te historie bywają niemal identyczne). Z drugiej strony marzy mi się taki zdjęciowy boom na jakiś nowy tom rodzimej poetki. A tych mamy naprawdę sporo - i to na jakim poziomie!

No właśnie, jak to jest z tą poezją u Was? Jeśli mielibyście z marszu wymienić 3 polskie poetki, kto by to był? Obstawiam, że jedną z nich na pewno byłaby Wisława Szymborska. No nie ma innej możliwości! Nobel zobowiązuje.



A co dalej?

Może mistrzyni miniatur Maria Pawlikowska-Jasnorzewska?


WESTCHNIENIA

Morze jest dzisiaj smutne. Westchnienia się żalą
przy brzegu porośniętym siwo-złotą sierścią.
Jak pierś wznosi się fala i ginie za falą.
Morze wzdycha falami. Ziemia — moją piersią.


Całość tomu "Pocałunki" możecie legalnie i całkowicie za darmo przeczytać tutaj: link

Po Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej od razu na myśl przychodzi mi nasza częstochowska Halina Poświatowska. Jeśli będziecie kiedyś w Częstochowie, koniecznie zajrzyjcie na ulicę Jasnogórską do rodzinnego domu Haśki. Znajduje się tam muzeum poświęcone poetce, które prowadzi jej brat. Jest to człowiek całkowicie poświęcony utrwalaniu pamięci o siostrze i jeśli tylko wyrazicie chęć, opowie Wam wiele historii z nią związanych. Dodatkowym atutem są łaszące się do zwiedzających koty! Niedawno wyszła też biografia Poświatowskiej - "Uparte serce" autorstwa Kaliny Błażejowskiej, którą Wam serdecznie polecam. Czyta się jak dobrą powieść, a ja momentami ryczałam jak bóbr, chociaż naprawdę już mało co wzrusza mnie w  literaturze. Tymczasem posłuchajcie jednego z utworów Haliny w wykonaniu Janusza Radka. Mam ciary za każdym razem, gdy tego słucham i (prawie) zupełnie się tego nie wstydzę: 





Nie wyobrażam sobie też nie wspomnieć o królowej piosenki, czyli Agnieszki Osieckiej. Nie znam piękniejszej korespondencji od listów Osieckiej z Jeremim Przyborą. Jeżeli jeszcze nie przeczytaliście "Listów na niewyczerpanym papierze" - gorąco zachęcam. Krótki fragment:

"Bo ja się wtedy nawet starałam pilnować, żeby nie zajść w złudzeniach za daleko, żeby w pewnym momencie nie dostać po głowie. No i przede wszystkim starałam się “na nas” nic nie budować. To miała być zupełnie nieżyciowa historia, bukiecik bladych fiołków."

Jeśli Osiecka śpiewana, to przede wszystkim w interpretacji Magdy Umer:


I jeszcze fragment, który towarzyszył mi zawsze przy, nazwijmy to:  celebrowaniu życia studenckiego:

"Stoczmy się dzisiaj, stoczmy się ciut, zwitkaczmy się odrobinkę, jak długo można w świecie złym kretyńskim być motylkiem?"

No dobra, ale co dzieje się z poezją kobiet współcześnie? Żyje i ma się całkiem dobrze! Mamy naprawdę wiele poetek, którymi możemy się chwalić. W pierwszych słowach wypadałoby zwrócić uwagę na zeszłoroczną laureatkę Nike, czyli Bronkę Nowicką. Jej "Nakarmić kamień" to debiut literacki, lecz autorka znana jest w świecie sztuki jako reżyserka i scenarzystka. 

"Nie pragnę, żeby martwe rzeczy były żywe – mówi Bronka Nowicka. – Chciałabym, żeby żywi ludzi byli mniej martwi. O tym jest dla mnie ta książka."

Zostawiam Was z  odsyłaczami do wybranych wierszy czterech bliskich mi poetek. Niech słowo broni się samo:

Agnieszka Wolny-Hamkało - 5 wierszy dostępnych tutaj: link
Justyna Bargielska (!!! moja ulubiona autorka - koniecznie zapoznajcie się z "Bach for my Baby" i z "Nudelmanem" !!!) - "Dzisiaj w amfiteatrze występuje morze" - dostępne tutaj: link
Marta Podgórnik - cztery wiersze dostępne tutaj: link
Julia Fiedorczuk - cztery wiersze dostępne tutaj: link

A jeśli chcecie poznać więcej poezji współczesnej pisanej przez Polki sięgnijcie do "Solistek", wydanych w 2009 roku. Jest to antologia poezji kobiet od 1989 do 2009 roku. W książce zebrano utwory 41 autorek - jest to więc idealna okazja, by poznać przekrój polskich poetek współczesnych i inspiracja do sięgania bliżej po te, których poezja nas za sobą pociągnie. Ale liczba 41 nie jest przypadkowa:
 "to oczywiście liczba umowna, symbolicznie "niepasująca", zaburzająca stereotypowy odbiór - mówi Joanna Mueller w rozmowie redaktorek, zamieszczonej na końcu tomu - Już sama asymetria tej liczby "otwiera" książkę na inne poetki, których głosy z róznych względów nieznalazły się w naszej antologii. One wszystkie do tej pory robiły w chórkach. W przeciwieństwie do niepodległości głosu [...] - kobiecy głos poetycki został tak ustawiony, by nie zakłócał odbioru głosów męskich". 

Chyba najwyższy czas  coś z tym zrobić? To co, możemy się umówić, że kolejną, po Rupi Kaur, książką poetycką, która trafi w Wasze ręce będą "Solistki"? Albo chociaż tom wybranej polskiej poetki? Kto przyjmuje wyzwanie? 

sobota, 18 marca 2017

10 czytelniczych faktów o mnie

10 czytelniczych faktów o mnie

Pomyślałam, że jako gospodyni wypadałoby się trochę bardziej przedstawić. A ponoć najlepiej poznaje się człowieka przez książki. Przedstawiam Wam więc 10  czytelniczych faktów o mnie:

1. Nauczyłam się czytać w wieku czterech lat. A przynajmniej wtedy odkryli to moi rodzice, gdy podbiegłam do Taty z pytaniem o hasło do krzyżówki, którego nie znałam (ehe, przy okazji odkryli też, że umiem pisać ;) ).

2. Gdy tylko nauczyłam się pisać, zadebiutowałam i rozpoczął się mój wielki boom wydawniczy. Wyglądało to tak, że zapisywałam zeszyty opowiadaniami lub czymś na kształt wierszy (całe szczęście białych! - do tej pory nie umiem rymować i mam drgawki, gdy czytam nieudolne rymoklectwo) i obdarowywałam nimi całą rodzinę na każdą okazję. Każda książka była unikatem z ważną notą edytorską: "napisała: Julita Paprotna, zilustrowała: Julita Paprotna + rok i miejsce wydania". Pełna profeska!

3. Po dwóch latach podstawówki przeczytałam WSZYSTKIE dostępne książki ze szkolnej biblioteki. Co prawda nie miała ona jakichś wielkich rozmiarów, ale mimo to nie było to chyba normalne. Dostałam nawet nagrodę za czytelnictwo, niestety w kolejnych latach to wyróżnienie mnie omijało  - po co czytać drugi raz to samo, gdy istnieje miejska biblioteka i starsza siostra!

4. Uwielbiałam podkradać lektury szkolne mojej starszej o 5 lat siostrze. Dzięki temu obyłam się bez mąk piekielnych przy czytaniu szkolnych lektur - większość z nich miałam już przeczytanych bez przymusu. Skutkiem ubocznym było to, że przeczytałam "Buszującego w zbożu" zdecydowanie ZA wcześnie. ;)

5. Czasem dostawałam od Mamy ban na czytanie - pewnie martwiła się o brak ruchu i pogorszenie wzroku (w sumie od tego czasu niewiele się zmieniło :D). Wtedy zamykałam się w łazience, udawałam, że boli mnie brzuch, a tymczasem siadałam na pralce i kontynuowałam czytanie. A książki chowałam w bębnie. To chyba cud, że żadna nie została nigdy wyprana.

6. Dopiero podczas studiów polonistycznych dotarło do mnie, że nie muszę czytać książek od deski do deski. Pewnie spowodowane było to znacznym ograniczeniem czasu na czytanie dla przyjemności i nawałem lektur obowiązkowych. Szkoda więc było tracić czas na coś, co mnie nie porywa lub po prostu jest kiepsko napisane.

7. W ogóle filologia wypracowała we mnie jakąś zasadę "no mercy" wobec książek. Gdzieś w połowie studiów dotarło do mnie, że książka jest przedmiotem. Na dodatek przedmiotem użytkowym i daleko jej do świętości. Jest też moim własnym dobrem materialnym, którym mogę zarządzać, jak mi się podoba i dowolnie go personalizować. Przełamałam się wewnętrznie i zaczęłam bazgrolić po niektórych książkach, które wiem, że raczej nie pójdą w świat. Zakreślam, podkreślam, dopisuję swoje uwagi i prawie nie miewam już z tego powodu wyrzutów sumienia. Pierwszym takim egzemplarzem jest "Jak powieść" Daniela Pennaca (autor powieści detektywistycznych i książek dla dzieci zastanawia się, kto zabił w młodych ludziach niewymuszoną przyjemność czytania).Swoją drogą serdecznie polecam - świetna pozycja, do której chce się wracać.

8. Ponad rok temu odważyłam się w końcu na gest, o którym myślałam od dawna, czyli.... pozbycie się starych podręczników i książek, które według mnie nie powinny ujrzeć światła dziennego i ludzkość nie ucierpi na ich braku. Wyniosłam na makulaturę mały stosik, a poczułam się lżejsza o tonę. Wspaniałe uczucie pokazać niektórym pozycjom, gdzie ich miejsce ;) Polecam!

9. Nałogowo kupuję książki dla córki i syna. Mają już naprawdę sporą biblioteczkę. Chyba nie muszę dodawać, że nie mam dzieci i raczej w najbliższym czasie się to nie zmieni ;).

10. Nie przeczytałam w całości trylogii Sienkiewicza i nie zamierzam tego robić. Mea culpa. #teamGombrowicz


Czekam na Wasze wyznania z zakresu książkowo-czytelniczych ciekawostek i dziwactw! Napiszcie w komentarzach tu lub na Instagramie!
Copyright © 2016 Pozdrowienia z lasu , Blogger