poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Luis Sepulveda - Dziennik sentymentalnego killera; Kajman

Luis Sepulveda - Dziennik sentymentalnego killera; Kajman

Dwie powieści kryminalne zapisane na niespełna stu stronach. Niebywałe? A jednak. Jakiś czas temu w Matrasie wpadła mi w ręce niewielka książeczka wydana przez Noir sur Blanc. Najpierw zachęciła mnie minimalistyczna okładka, a chwilę później jej opis. Ściślej mówiąc, pięć pierwszych słów: "Luis Sepulveda, znany chilijski pisarz". Pomyślałam sobie: "hmm! Chyba nie znam żadnego chilijskiego pisarza" i ruszyłam do kasy. Muszę przyznać, że jestem ignorantką na wielu poziomach, jeśli chodzi o literaturę światową, ale jak widzicie biję się w pierś i staram się to zmienić. 

Wstyd mi, że nie znałam do tej pory tego autora, ale zrobiłam już mały research i mogę podzielić się z Wami kilkoma faktami. Po pierwsze Sepulveda należy do grona najczęściej tłumaczonych pisarzy hiszpańskojęzycznych na świecie. Po drugie od zawsze był bardzo zaangażowany politycznie. Najpierw jako współpracownik prezydenta Allente, po juncie w 1973 roku pod przywództwem Pinocheta został aresztowany i torturowany oraz skazany na 28 lat więzienia. Dzięki interwencji Amnesty International kara została skrócona do 8 lat. W późniejszym czasie Sepulveda brał udział w rewolucji w Nikaragui, a po przymusowej emigracji do Europy czynnie wspierał działania Greenpeace'u. Jak widzicie sama biografia autora mogłaby stać się kanwą ciekawej powieści. 

Wróćmy jednak do książki. Jak już wspomniałam zawiera ona dwie mikropowieści kryminalne. Pierwsza z nich to Dziennik sentymentalnego killera. Opowiada historię płatnego zabójcy, którego praca i życie wywraca się do góry nogami pod wpływem, a jakże, pewnej kobiety. Wyobraźcie sobie, co może się stać, gdy u bezwzględnego zabójcy do głosu dochodzą emocje... Druga z powieści - Kajman dotyczy śledztwa w sprawie śmierci wpływowego włoskiego przemysłowca. Mroczne powiązania z przeszłością kierują nas wprost do amazońskiej dżungli i nieznanego plemienia Indian Anare. 

Kryminał jak kryminał można by pomyśleć. Nic bardziej mylnego! Przyznam się Wam, że po kilku pierwszych akapitach pomyślałam: "o borze, co ja kupiłam?". Dopiero po chwili zorientowałam się, że zamiast z grafomanią mam do czynienia z powieścią "z drugim dnem". Autor celowo bawi się konwencją kryminału do granic możliwości. Wykorzystuje znane wszystkim klisze, obnaża stereotypy, a nawet język, który charakterystyczny jest dla "męskich" (he, he) kryminałów sensacyjnych. I gdy już myślisz, że "come, on", gorzej być nie może, Sepulveda pokazuje, że a i owszem. Kreacje bohaterów, rekwizyty, przestrzenie są tak "ograne", a jednocześnie wyolbrzymione, że czytając ciągle otwierałam oczy ze zdumienia.

Ale to jeszcze nie wszystko. Sepulveda bowiem w cały ten "popkryminalny" świat wplata jeszcze elementy surrealizmu i trzeba przyznać - jest w tym całkiem dobry. Zdecydowanie lepiej czytało mi się tę książkę, wyobrażając sobie, jak wyglądałyby opisywane sceny w reżyserii Michela Gondry'ego (kto widział "Dziewczynę z lilią" lub "Jak we śnie", ten wie, o czym mówię). 

Jeśli jesteście fanami kryminałów lub cieszą Was zabawy konwencjami w "odjechanym" klimacie, polecam spotkanie z Sepulvedą. Ostrzeżenie dla wrażliwych: uprzedmiotowienie kobiet i "umaczowienie" głównego bohatera może wywołać mdłości. Poza tym jest dużo seksu, a co drugie słowo jest niecenzuralne. Jazda bez trzymanki, ale w słusznym celu (niech żyje pastisz!) :)

sobota, 22 kwietnia 2017

Robert Seethaler - "Całe życie"

Robert Seethaler - "Całe życie"

Moda na minimalizm i hygge trochę poprzewracała nam w głowach. Prostota kojarzy się teraz z określonymi produktami, typami zachowań i bardziej jest to sałatka 
z jarmużem i granatem niż kanapka z serem i szynką, choć tej drugiej chyba nikt przy zdrowych zmysłach też nie odmówiłby prostoty. Strefa relaksu to koniecznie ciepłe skarpety w nordyckie wzory, koc z wełny czesankowej 
i herbata z bio składników –  najlepiej w jakimś ogromnym kubku z slowlifestyle’owym napisem. 

Ten nasz powolny tryb życia w zgodzie z naturą często wymaga od nas więcej zachodu i nabrzmiewa jak balonik ze Stumilowego Lasu. Pamiętacie tę scenę? Były urodziny Kłapouchego i Prosiaczek tak spieszył na przyjęcie, ściskając balonik, że upadł i go „pękł” („Tylko balonik…Ach, Kłapouszku, ja go pękłem!”). Koniec końców, obeszło się bez histerii, a nawet okazało się, że pęknięty balonik, dobrze wykorzystany, też może sprawić przyjemność. Może trochę pokrętne to porównanie, ale tak, według mnie, działa Całe życie Roberta Seethalera - „pęka” balonik medialnego szumu wokół slowlife i minimalizmu. Jest pochwałą prostoty, ale i zwyczajności.

Całe życie opowiada historię Andreasa Eggera, która, choć przedstawiona okiem trzecioosobowego narratora,  wydaje się spleciona na podstawie wspomnień bohatera. Pamięć w ogóle odgrywa niebagatelną rolę w tej powieści, do czego jeszcze wrócę. Egger od dzieciństwa wychowuje się w rodzinie bauera Kranzstockera, który to przygarnął go po śmierci bratowej – matki chłopca. Andreas traktowany bardziej jako tania siła robocza niż członek familii, po osiągnięciu dojrzałości wyprowadza się „na swoje”. Pracuje fizycznie, podejmując się różnych prac, w tym tych związanych z budową kolei linowych. Akcja powieści rozgrywa się bowiem w sercu austriackich Alp, w środowisku, w którym ludzie są nierozerwalnie sprzężeni z naturą.  

W książce Seethalera życie nie płynie dynamicznie, ani nie płynie leniwie. Po prostu płynie, a ludzie zdają się godzić 
z czasem i wydarzeniami, które zmieniają ich życie. Nie ma bohaterów, którzy szamotaliby się z tym, co przynosi kolejny dzień nawet, jeśli niektóre wydarzenia drastycznie wpływają na ich życie. Losowe wypadki skłaniają ich jednak do refleksji o charakterze filozoficznym. I, jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to właśnie do tego, że ta refleksyjność czasem nie jest do końca wiarygodna. Nie zawsze wierzę fizycznym pracownikom, bez wykształcenia 
i „obycia w towarzystwie inteligentów", w pięknie ułożone zdania, poruszające np. kwestię tego, co to znaczy być człowiekiem w odniesieniu do jego cielesności... Ale taki jest świat alpejskich wiosek stworzony przez Seethalera - pełen prostych filozofów. 

Andreas Egger wpisuje się w rolę wiejskiego robotnika 
o marzycielskiej naturze. Jest przy tym postacią niezwykle urokliwą. Rozczulająca jest scena, w której dowiadujemy się, że na swej działce nazywał on kamienie, a gdy skończyły mu się imiona nadawał im słowa. A gdy w którymś momencie uświadomił sobie, że na jego ziemi było więcej kamieni niż znał słów, zaczął po prostu od początku. Egger w ogóle jest niepoprawnym romantykiem, zagubionym gdzieś w chłopskim świecie. Nie zdradzę, jakie oświadczyny wymyślił dla swojej kobiety, ale wskoczył dla mnie na sam szczyt kreatywności, bijąc na głowę wszystkie pomysły zgromadzone na youtubie. W historii miłości Eggera i Marie, Seethalerowi udało się ująć też jedną z subtelniejszych 
i wysmakowanych scen erotycznych, jakie czytałam  - jakieś ciepło rozlało mi się po sercu, przy słowach: „chodź – szeptała w mrok, a Egger był jej posłuszny”.

Językowo i stylistycznie Całe życie  jest bardzo smaczne. Pisałam już na Instagramie, że zazdroszczę Seethalerowi smykałki do łapiących za serce wywijasów (np. "sutanna łopotała mu wokół ciała niczym zmierzwione pióra kawki") na tle zgrabnych, prostych zdań. Wszystko z umiarem 
i powoli. Tak, jak by się chciało. 

Ktoś może zarzucić, że "zalatuje" tu za mocno bełkotem Coelho, ale raczej się z tym nie zgodzę. Seethaler to inna ranga. Nie jest tak nachalny w swoich „złotych myślach”, 
a także stosuje zabiegi stylistyczne, których na próżno szukać w powieściach brazylijskiego pisarza. Jako argument podam obrazy śmierci, które w Całym życiu za każdym razem są tak absurdalne, a przy tym mimo wszystko całkiem wiarygodne, że nie wiem, jakiego słowa użyć, by je opisać. Przykładowo: matka bauera dusi się upadłszy głową w ciasto przy pieczeniu chleba (nie pomnę o ręce nieboszczki babuni, machającej z trumny w kondukcie żałobnym).

Gdybym jednym słowem musiała określić, o czym jest  Całe życie, wybrałabym chyba przemijanie. Przemijanie związane z historią (sytuacja polityczne, rozwój przemysłu, automatyzacja pracy), jak i z życiem jednostki, które łączy się też z pamięcią, a tak zaś m.in. wskazuje na ciało, które w powieści staje się tworzywem do jej zapisu. 

Polecam tę książkę miłośnikom Wiesława Myśliwskiego, Mariana Pilota, a także tym, którzy mają dość zalewu "pseudoprostoty" i robienia z niej bożka. W Całym życiu  sięgamy głębiej. 

Zostawiam Was z bardzo wymownym fragmentem:
  
„Jedno wielkie dziadostwo z tym umieraniem – powiedział. – Z czasem człowieka po prostu ubywa. U jednego idzie to szybko, u innego może potrwać. Od chwili narodzin tracisz po kolei jedno po drugim, najpierw palec, potem całe ramię, najpierw ząb, potem wszystkie zęby, najpierw wspomnienie, potem całą pamięć i tak dalej, i tak bez końca, póki w którymś momencie nic już nie zostaje. Wtedy zgarniają resztkę ciebie do dołu, zakopują i fertig.”

Premiera książki 24 maja - możecie zacząć odkładać drobne do skarbonki - warto! 

wtorek, 21 marca 2017

Światowy Dzień Poezji: Polacy nie gęsi - swe poetki mają

Światowy Dzień Poezji: Polacy nie gęsi - swe poetki mają




Ostatnio na Instagramie zaobserwować można szał na "Mleko i miód" Rupi Kaur. Z jednej strony bardzo mnie to cieszy, zwłaszcza, gdy po poezję sięgają osoby, które na co dzień zaczytują się przede wszystkich w bestsellerowych powieściach popularnych (czasem się zastanawiam, jak niektórzy je rozpoznają, bo te historie bywają niemal identyczne). Z drugiej strony marzy mi się taki zdjęciowy boom na jakiś nowy tom rodzimej poetki. A tych mamy naprawdę sporo - i to na jakim poziomie!

No właśnie, jak to jest z tą poezją u Was? Jeśli mielibyście z marszu wymienić 3 polskie poetki, kto by to był? Obstawiam, że jedną z nich na pewno byłaby Wisława Szymborska. No nie ma innej możliwości! Nobel zobowiązuje.



A co dalej?

Może mistrzyni miniatur Maria Pawlikowska-Jasnorzewska?


WESTCHNIENIA

Morze jest dzisiaj smutne. Westchnienia się żalą
przy brzegu porośniętym siwo-złotą sierścią.
Jak pierś wznosi się fala i ginie za falą.
Morze wzdycha falami. Ziemia — moją piersią.


Całość tomu "Pocałunki" możecie legalnie i całkowicie za darmo przeczytać tutaj: link

Po Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej od razu na myśl przychodzi mi nasza częstochowska Halina Poświatowska. Jeśli będziecie kiedyś w Częstochowie, koniecznie zajrzyjcie na ulicę Jasnogórską do rodzinnego domu Haśki. Znajduje się tam muzeum poświęcone poetce, które prowadzi jej brat. Jest to człowiek całkowicie poświęcony utrwalaniu pamięci o siostrze i jeśli tylko wyrazicie chęć, opowie Wam wiele historii z nią związanych. Dodatkowym atutem są łaszące się do zwiedzających koty! Niedawno wyszła też biografia Poświatowskiej - "Uparte serce" autorstwa Kaliny Błażejowskiej, którą Wam serdecznie polecam. Czyta się jak dobrą powieść, a ja momentami ryczałam jak bóbr, chociaż naprawdę już mało co wzrusza mnie w  literaturze. Tymczasem posłuchajcie jednego z utworów Haliny w wykonaniu Janusza Radka. Mam ciary za każdym razem, gdy tego słucham i (prawie) zupełnie się tego nie wstydzę: 





Nie wyobrażam sobie też nie wspomnieć o królowej piosenki, czyli Agnieszki Osieckiej. Nie znam piękniejszej korespondencji od listów Osieckiej z Jeremim Przyborą. Jeżeli jeszcze nie przeczytaliście "Listów na niewyczerpanym papierze" - gorąco zachęcam. Krótki fragment:

"Bo ja się wtedy nawet starałam pilnować, żeby nie zajść w złudzeniach za daleko, żeby w pewnym momencie nie dostać po głowie. No i przede wszystkim starałam się “na nas” nic nie budować. To miała być zupełnie nieżyciowa historia, bukiecik bladych fiołków."

Jeśli Osiecka śpiewana, to przede wszystkim w interpretacji Magdy Umer:


I jeszcze fragment, który towarzyszył mi zawsze przy, nazwijmy to:  celebrowaniu życia studenckiego:

"Stoczmy się dzisiaj, stoczmy się ciut, zwitkaczmy się odrobinkę, jak długo można w świecie złym kretyńskim być motylkiem?"

No dobra, ale co dzieje się z poezją kobiet współcześnie? Żyje i ma się całkiem dobrze! Mamy naprawdę wiele poetek, którymi możemy się chwalić. W pierwszych słowach wypadałoby zwrócić uwagę na zeszłoroczną laureatkę Nike, czyli Bronkę Nowicką. Jej "Nakarmić kamień" to debiut literacki, lecz autorka znana jest w świecie sztuki jako reżyserka i scenarzystka. 

"Nie pragnę, żeby martwe rzeczy były żywe – mówi Bronka Nowicka. – Chciałabym, żeby żywi ludzi byli mniej martwi. O tym jest dla mnie ta książka."

Zostawiam Was z  odsyłaczami do wybranych wierszy czterech bliskich mi poetek. Niech słowo broni się samo:

Agnieszka Wolny-Hamkało - 5 wierszy dostępnych tutaj: link
Justyna Bargielska (!!! moja ulubiona autorka - koniecznie zapoznajcie się z "Bach for my Baby" i z "Nudelmanem" !!!) - "Dzisiaj w amfiteatrze występuje morze" - dostępne tutaj: link
Marta Podgórnik - cztery wiersze dostępne tutaj: link
Julia Fiedorczuk - cztery wiersze dostępne tutaj: link

A jeśli chcecie poznać więcej poezji współczesnej pisanej przez Polki sięgnijcie do "Solistek", wydanych w 2009 roku. Jest to antologia poezji kobiet od 1989 do 2009 roku. W książce zebrano utwory 41 autorek - jest to więc idealna okazja, by poznać przekrój polskich poetek współczesnych i inspiracja do sięgania bliżej po te, których poezja nas za sobą pociągnie. Ale liczba 41 nie jest przypadkowa:
 "to oczywiście liczba umowna, symbolicznie "niepasująca", zaburzająca stereotypowy odbiór - mówi Joanna Mueller w rozmowie redaktorek, zamieszczonej na końcu tomu - Już sama asymetria tej liczby "otwiera" książkę na inne poetki, których głosy z róznych względów nieznalazły się w naszej antologii. One wszystkie do tej pory robiły w chórkach. W przeciwieństwie do niepodległości głosu [...] - kobiecy głos poetycki został tak ustawiony, by nie zakłócał odbioru głosów męskich". 

Chyba najwyższy czas  coś z tym zrobić? To co, możemy się umówić, że kolejną, po Rupi Kaur, książką poetycką, która trafi w Wasze ręce będą "Solistki"? Albo chociaż tom wybranej polskiej poetki? Kto przyjmuje wyzwanie? 

sobota, 18 marca 2017

10 czytelniczych faktów o mnie

10 czytelniczych faktów o mnie

Pomyślałam, że jako gospodyni wypadałoby się trochę bardziej przedstawić. A ponoć najlepiej poznaje się człowieka przez książki. Przedstawiam Wam więc 10  czytelniczych faktów o mnie:

1. Nauczyłam się czytać w wieku czterech lat. A przynajmniej wtedy odkryli to moi rodzice, gdy podbiegłam do Taty z pytaniem o hasło do krzyżówki, którego nie znałam (ehe, przy okazji odkryli też, że umiem pisać ;) ).

2. Gdy tylko nauczyłam się pisać, zadebiutowałam i rozpoczął się mój wielki boom wydawniczy. Wyglądało to tak, że zapisywałam zeszyty opowiadaniami lub czymś na kształt wierszy (całe szczęście białych! - do tej pory nie umiem rymować i mam drgawki, gdy czytam nieudolne rymoklectwo) i obdarowywałam nimi całą rodzinę na każdą okazję. Każda książka była unikatem z ważną notą edytorską: "napisała: Julita Paprotna, zilustrowała: Julita Paprotna + rok i miejsce wydania". Pełna profeska!

3. Po dwóch latach podstawówki przeczytałam WSZYSTKIE dostępne książki ze szkolnej biblioteki. Co prawda nie miała ona jakichś wielkich rozmiarów, ale mimo to nie było to chyba normalne. Dostałam nawet nagrodę za czytelnictwo, niestety w kolejnych latach to wyróżnienie mnie omijało  - po co czytać drugi raz to samo, gdy istnieje miejska biblioteka i starsza siostra!

4. Uwielbiałam podkradać lektury szkolne mojej starszej o 5 lat siostrze. Dzięki temu obyłam się bez mąk piekielnych przy czytaniu szkolnych lektur - większość z nich miałam już przeczytanych bez przymusu. Skutkiem ubocznym było to, że przeczytałam "Buszującego w zbożu" zdecydowanie ZA wcześnie. ;)

5. Czasem dostawałam od Mamy ban na czytanie - pewnie martwiła się o brak ruchu i pogorszenie wzroku (w sumie od tego czasu niewiele się zmieniło :D). Wtedy zamykałam się w łazience, udawałam, że boli mnie brzuch, a tymczasem siadałam na pralce i kontynuowałam czytanie. A książki chowałam w bębnie. To chyba cud, że żadna nie została nigdy wyprana.

6. Dopiero podczas studiów polonistycznych dotarło do mnie, że nie muszę czytać książek od deski do deski. Pewnie spowodowane było to znacznym ograniczeniem czasu na czytanie dla przyjemności i nawałem lektur obowiązkowych. Szkoda więc było tracić czas na coś, co mnie nie porywa lub po prostu jest kiepsko napisane.

7. W ogóle filologia wypracowała we mnie jakąś zasadę "no mercy" wobec książek. Gdzieś w połowie studiów dotarło do mnie, że książka jest przedmiotem. Na dodatek przedmiotem użytkowym i daleko jej do świętości. Jest też moim własnym dobrem materialnym, którym mogę zarządzać, jak mi się podoba i dowolnie go personalizować. Przełamałam się wewnętrznie i zaczęłam bazgrolić po niektórych książkach, które wiem, że raczej nie pójdą w świat. Zakreślam, podkreślam, dopisuję swoje uwagi i prawie nie miewam już z tego powodu wyrzutów sumienia. Pierwszym takim egzemplarzem jest "Jak powieść" Daniela Pennaca (autor powieści detektywistycznych i książek dla dzieci zastanawia się, kto zabił w młodych ludziach niewymuszoną przyjemność czytania).Swoją drogą serdecznie polecam - świetna pozycja, do której chce się wracać.

8. Ponad rok temu odważyłam się w końcu na gest, o którym myślałam od dawna, czyli.... pozbycie się starych podręczników i książek, które według mnie nie powinny ujrzeć światła dziennego i ludzkość nie ucierpi na ich braku. Wyniosłam na makulaturę mały stosik, a poczułam się lżejsza o tonę. Wspaniałe uczucie pokazać niektórym pozycjom, gdzie ich miejsce ;) Polecam!

9. Nałogowo kupuję książki dla córki i syna. Mają już naprawdę sporą biblioteczkę. Chyba nie muszę dodawać, że nie mam dzieci i raczej w najbliższym czasie się to nie zmieni ;).

10. Nie przeczytałam w całości trylogii Sienkiewicza i nie zamierzam tego robić. Mea culpa. #teamGombrowicz


Czekam na Wasze wyznania z zakresu książkowo-czytelniczych ciekawostek i dziwactw! Napiszcie w komentarzach tu lub na Instagramie!

wtorek, 7 marca 2017

5 filmów na dzień kobiet

 5 filmów na dzień kobiet

Z okazji jutrzejszego Dnia Kobiet, życzę Wam Kochane Kobiety, by kolejny 8 marca był dniem naszego święta, a nie strajku. 

Kochani Mężczyźni, wspierajcie nas tak, jak wielu bohaterów z ekranu. Wiem, że wielu z Was już to robi i za to Wam dziękujemy. Nie udawajmy, że problemy sztucznie wytwarzanej nierówności płciowej nie istnieją, lecz walczmy z nimi także w codziennych czynnościach i najmniejszych gestach.

Kochani, wychowujmy dziewczynki i chłopców we wzajemnym poszanowaniu. To oni sprawią, że jeszcze będzie normalnie. Jeszcze będzie pięknie. 

Poniżej przedstawiam Wam 5 filmów o kobietach. Choć z pewnością obrazy te podniosą Wam ciśnienie i przyniosą frustracje, mam nadzieję, że w ogólnym rozrachunku dodadzą Wam siły! 


1. Ukryte działania (reż. Theodore Melfi, 2016) 


Okres zimnej wojny. Między blokiem wschodnim a zachodnim trwa wielki wyścig kosmiczny. Rosjanie i Amerykanie rywalizują w próbach eksploracji przestrzeni kosmicznej i w wysłaniu w kosmos pierwszego człowieka. Pamiętając o sytuacji w Ameryce przełomu lat 50. i 60., wyobrażamy sobie zespoły inżynierów, złożonych z  białych mężczyzn w okularach. Tymczasem w podziemiach NASA zatrudnionych było kilkadziesiąt czarnych kobiet, w roli tzw. "ludzkich komputerów". Ukryte działania to opowieść oparta o prawdziwą historię  trzech z nich: Katherine G. Johnson (Taraji P. Henson), Mary Jackson (Janelle Monae) i Dorothy Vaughan (Octavia Spencer). To historia tych, które burzyły mury segregacji rasowej. Przeszkody kulturowo-społeczne, jakie musiały pokonać, by móc korzystać ze swoich wybitnych umiejętności w męskich, "białych" zespołach pokazują ich siłę i pewność własnych racji. Zdeterminowanie Mary Jackson, by zostać pierwszą czarną kobietą inżynier powinno być przykładem dla wszystkich tych, których wciąż uciskają sztuczne bariery. Bardzo polecam ten film zwłaszcza teraz, gdy wydawałoby się, że segregację rasową powinniśmy już traktować jako niesmaczną klęskę ludzkości, którą mamy już za sobą, tymczasem problem ten zaczyna na nowo narastać, a w narodach odzywa się źle pojmowany nacjonalizm.

Po seansie zachęcam też do przyjrzenia się bliżej projektowi From Hidden to Modern Figures na stronie NASA. Znajdziemy odpowiedzi na wiele pytań, rodzących się w trakcie oglądania filmu (link: tutaj)


2. Wielkie oczy (reż. Tim Burton, 2014) 


Kolejna propozycja to także historia biograficzna. Tym razem malarki - Margaret Keane, w której rolę wcieliła się Amy Adams (tak niedoceniona w tegorocznych nominacjach do Oscarów). Keane jest znana z portretów, których znakiem charakterystycznym są tytułowe wielkie oczy postaci. Fani Tima Burtona mogą być trochę zaskoczeni. Po pierwsze brakuje charakterystycznych aktorów dla tego reżysera: Johnego Deppa, Heleny Bohnam Carter, czy ostatnio Evy Green. Nie ma też "odjechanych" efektów, jak z Alicji w krainie czarów. Jest za to niezwykle wysmakowana estetycznie oprawa, cukierkowa i chciałoby się rzec "urocza". Za tą słodką zasłoną kryje się jednak temat przemocy domowej. Psychicznego poniżania i wybijania "męskiego ego" na krzywdzie poniżanej kobiety. Zaczyna się jak zwykle w takich historiach niewinnie, sielsko, a w połowie seansu ma się ochotę przejść na drugą stronę ekranu i, że pozwolę sobie tak brzydko powiedzieć, "dać w ryj" drugiemu mężowi Margaret (granemu przez Christopha Waltza). Wielkie oczy to podobnie jak Ukryte działania film o niesprawiedliwości i o tym, że to kobiety musiały (muszą?) wciąż udowadniać światu, że nie za wszystkim, co wartościowe musi z góry stać mężczyzna (a myślicie, że czemu J.K. Rowling nie występuje na okładkach jako Joanne?).   


3. Projektantka (reż. Joeclyn Moorhouse, 2015)


Pierwszym argumentem na rzecz tego filmu jest to, że gra w nim Liam Hemsworth. Jeśli właśnie Cię nie przekonałam, to trochę nie wiem, czy jeszcze zdołam, bo prawdopodobnie jesteś mężczyzną, więc naprawdę piękne kiecki  również mogą nie wystarczyć. To taki prztyczek w stronę stereotypów ;). Projektantka to historia Myrtle "Tilly" Dunnage, która po latach wraca do swojego rodzinnego miasteczka. Jej życie to materiały i piękne kreacje. Nie zawsze jednak tak było. Zaściankowe miasteczko kryje swoją tajemnicę. Myrtle próbuje wrócić do historii z dzieciństwa, przez którą została wygnana z miejscowości, i która z jednej strony zrujnowała jej życie, a z drugiej była "kopem" do osiągnięcia światowego sukcesu. Wraca na prawach "czarownicy", której należy unikać, lecz powoli swoimi strojami wkupuje się w łaski miejscowych kobiet (wiadomo nie wszystkich - zawsze znajdzie się jakaś zawistna "krowa", która nie zniesie zagrożenia swojej pozycji w stadzie). Pomaga też młodym mieszkankom miasta w porzuceniu skostniałych tradycji i konwenansów, dodaje im pewności siebie. Ale jak to w życiu bywa, kiedy wszystko zmierza już ku szczęśliwemu finałowi następuje niespodziewany cios, który ponownie wywraca wszystko do góry nogami. Jak poradzi sobie Myrtle? Zobaczcie koniecznie! Żeby nie było, że kuszę tylko Liamem - Kate Winslet jak zwykle boska!


4. Viviane chce się rozwieść (reż. Ronit i Shlomi Elkabetz, 2014)


120 minut filmu w jednym małym pomieszczeniu - sali sądowej i krótkie sceny z równie klaustrofobicznego korytarzyka przed salą brzmią mało atrakcyjnie? Nic bardziej mylnego. Przez cały seans siedziałam wbita w fotel, a emocje i myśli nieustannie kotłowały się w głowie. Viviane chce się rozwieść to kolejny film rodzeństwa Ronit i Shlomi Elkabetzów, a rolę tytułowej bohaterki gra właśnie Ronit. To opowieść o małżeństwie, które od lat tkwi w separacji, jednak mąż nie zgadza się na rozwód. W izraelskiej rzeczywistości nie istnieją żadne świeckie regulacje dotyczące otrzymania rozwodu. Decydujący głos mają tam "sądy religijne", czyli tak naprawdę zasiadający w nich rabini.  A wiadomo - jeden rabin powie tak, a inny powie nie. ;) W każdym razie bez zgody męża rozwodu nie będzie. Tyradę o wolność i godność, którą wraz ze swoim adwokatem prowadzi Ronit naprawdę trudno porównać do czegokolwiek. Pomysły rabinów na rozwiązanie sprawy przechodzą najśmielsze wyobrażenia. Czasem wybuchasz śmiechem, ale to śmiech frustracji i absurdu. Zaś cierpliwość Ronit i próby podporządkowania zaleceniom sądu są godne podziwu. Na zachętę dodam tylko, że pierwszy raz widziałam ten seans baaaardzo późnym wieczorem w krakowskim Kinie Pod Baranami, a po seansie (naprawdę baaardzo, baaaaardzo późną porą) podeszła do nas obca kobieta z widowni, by wspólnie porozmawiać o tym, co zobaczyliśmy. Na dodatek okazało się, że zobaczyliśmy zupełnie inne obrazy i byliśmy zaskoczeni, jak w różny sposób można odczytać ten sam film. Po którym seansie kinowym spotkała Was taka historia?


5. Dziewczynka w trampkach (reż. Haifaa Al-Mansour, 2012)


Na zakończenie zestawienia film już nieco starszy i przynajmniej kilkakrotnie pokazywany na różnych kanałach telewizyjnych. Myślę jednak, że to historia do której warto wracać. Opowiada o Wadjdzie, która ma 10 lat i mieszka w Arabii Saudyjskiej. W szkole uchodzi za buntowniczkę, ponieważ chodzi w porysowanych długopisem trampkach i próbuje bawić się z chłopcami, nieźle co? Jej największym marzeniem jest rower, którego jednak nie wypada jej mieć, bo dziewczynkom w jej kraju nie przystoi taka frywolna aktywność. Wadjda jednak się nie poddaje i chce sama zebrać pieniądze na wymarzony pojazd, biorąc udział w konkursie recytacji Koranu. Dziewczynka w trampkach pokazuje rzeczywistość kobiet i dziewczynek w jednym z najbogatszych muzułmańskich krajów. Przykładem kuriozum z naszego, europejskiego punktu widzenia jest już sam fakt, że reżyserka filmu podczas zdjęć na planie filmowym musiała przebywać w furgonetce, skąd oglądała grę aktorów na ekranie, a z ekipą kontaktowała się przez walkie-talkie, ponieważ w Arabii Saudyjskiej przebywanie kobiety z obcymi mężczyznami jest zabronione. Mimo wszystko uważam, że Dziewczynka w trampkach to film ciepły, który przypomina nam, że wszelkie podziały kulturowo-społeczno-obyczajowe to sztuczne twory dorosłych. W świecie dzieci każdy jest równy, chyba że nauczymy je inaczej. I właśnie naszym zadaniem jest teraz, by tej niewinnej dziecięcej dobroci nie spaprać. 

sobota, 4 marca 2017

William paul young, "Chata" - kilka słów po lekturze

William paul young, "Chata" - kilka słów po lekturze







PS, Właśnie przeczytałam na szybko ten tekst i zauważyłam błędy. Też je pewnie zauważyliście, bo przynajmniej w jednym miejscu nie da się czytać ;). Normalnie w takiej sytuacji dokonałabym skreślenia, ponownego skanowania i podmiany strony, ale wiecie, co? Chrzanić ten perfekcjonizm. Tworzę te zapiski "na gorąco", bez brudnopisu, więc dopuszczam przecinki w niewłaściwych miejscach i takie tam. Mea culpa i wybaczcie! To pewnie przez to przedwiosenne słońce nad lasem! Trzymajcie się ciepło! 

czwartek, 23 lutego 2017

piątek, 17 lutego 2017

Shaun Ellis, Penny Junor - Żyjący z wilkami

Shaun Ellis, Penny Junor  - Żyjący z wilkami










czwartek, 16 lutego 2017

Cała piękna jesteś przyjaciółko moja... (Kalendarz Kobiety 2017 i Idol)

Cała piękna jesteś przyjaciółko moja... (Kalendarz Kobiety 2017 i Idol)

Od kilku lat sama wykonywałam swoje kalendarze. Oprawiałam w skórę, wybierałam wklejkę, obowiązkowo wypełniałam je kotami i sprawiało mi to ogromną frajdę. Ceniłam, że jest to całkowicie mój kalendarz i że na pewno nikt takiego nie ma. W tym roku zupełnie to zaniedbałam i w rezultacie mamy drugą połowę lutego, a ja nadal nie kupiłam wkładu na ten rok.... i chyba już nie kupię.

Dziś w południe dotarła do mnie przesyłka z Kalendarzem Kobiety 2017. Nie miałam jeszcze zbyt wiele czasu, by się mu bliżej przyjrzeć, ale wstępnie jestem oczarowana.

Po pierwsze do kalendarza załączony był odręcznie napisany list z życzeniami i pozdrowieniami od koordynatorki całego projektu - Kasi Marcinkowskiej. Uwielbiam otrzymywać przesyłki, w których "czuć" człowieka, który za nią stoi. Po drugie coś, co raduje każdego papieroholika, czyli NAKLEJKI! Są na nich cytaty z Pisma Świętego, w tym zauważyłam już kilka moich ulubionych.

Sam kalendarz jest pięknie złożony i zilustrowany grafikami Joanny Cieślińskiej. Po drodze spotykamy w nim historie kobiet z Nowego Testamentu wraz z miejscem do zapisu własnych refleksji. Znajdziemy też cytaty na temat kobiecości różnych autorów. Co niedzielę możemy wypisać swoje inspiracje na kolejny tydzień, a co miesiąc określić cele. Może to zmotywuje mnie trochę do pracy nad sobą. Jednym słowem myślę, że się polubimy i z chęcią porzucę służący mi tymczasowo kalendarz z firmy wodociągowej ;-).

Pozostając w temacie kobiet chciałabym też podzielić się kilkoma smutnymi uwagami po obejrzeniu pierwszego odcinka Idola.

Mamy XXI wiek. Czy naprawdę musimy jeszcze "uatrakcyjniać" telewizyjne show grając seksem? Mamy przed sobą kilkunastoletnią dziewczynę. Czy naprawdę musimy tytuł "Małe rzeczy" odnosić do genitaliów i nie kończyć na jednym "żarcie" tylko brnąć to w dalej?  Przecież to żenujące.

W pewnym momencie uczestnicy zapytani zostali o swój największy atut. Zgadnijcie, co odpowiedziały uczestniczki. "Uroda",  "uśmiech" , a reszta to odpowiedzi typu "yyy nie wiem",  "jestem skromna", a w ogóle to mnie nie ma. Hej, Dziewczyny, serio? To naprawdę smutne, że wciąż mamy takie braki w pewności siebie. Że wstydzimy się mówić o swoich mocnych stronach i że chyba zwyczajnie w nie nie wierzymy.

A jeśli wierzymy, to zazwyczaj nie ma to nic wspólnego z siłą. Najgorsze chyba jest to, że same wchodzimy w te gierki seksualnością. Czy dziewczyna, która ma świetny głos może założyć sukienkę z wielkim dekoltem? Może, jej sprawa. Czy musi z tego powodu robić szopkę przyciągając uwagę tylko do biustu? Może, ale po co? Rozczarowujące, że przy naprawdę przyzwoitym śpiewie łasimy się jeszcze na obleśne spojrzenia i komentarze podstarzałego muzyka.

I nie, nie chodzi mi o to, że należy zakrywać się od stóp do głów, Ludzkie ciała są piękne. Jest wiele aktów, które uważam za piękne. Seks też jest piękny, także w ujęciu katolickim. Nie musimy rezygnować z rozmów o seksie.

Boimy się, że niedługo dzieci trzeba będzie wysyłać na tajne komplety z wychowania do życia w rodzinie, a sami robimy z seksu cyrk. Marzy mi się, by było normalnie, bez tabuizacji, ale i bez uprzedmiotowywania siebie nawzajem. I by kobiety zrozumiały, że są piękne. Mężczyzni również. I że ma to niewiele wspólnego z wyglądem zewnętrznym. Tak po prostu.

niedziela, 5 lutego 2017

Ciasto jogurtowe z malinami - bez glutenu, bez cukru

Ciasto jogurtowe z malinami - bez glutenu, bez cukru

Detoks cukrowy szczęśliwie dobiegł końca. Co prawda nie mam zamiaru w dzikim szale rzucać się teraz na słodycze, a białego cukru od dawna nie ma w mojej kuchni, jednak nie wyobrażam sobie weekendu bez kawałka ciasta. Tak, tak, wyobrażenia na temat weekendu zmieniają się wraz z upływem lat. Nie to żebym kiedykolwiek była jakimś imprezowym zwierzem - bliżej mi do kocykowego spędzania czasu, ale mimo wszystko - studencki weekend jakoś tam zobowiązywał.

Teraz zaś sielanka. Ubijanie jajek, zapach pieczonego ciasta z piekarnika i okrzyki euforii: "rośnie!". Takie małe wygrane.

Tym razem dzielę się z Wami ciastem jogurtowym, które kojarzy mi się z rodzinną niedzielą w pełni lata. W mojej rodzinie jakoś nigdy nie było fascynacji ciastami przekładanymi kremem, czy bitą śmietaną (i chwała za to - zawsze trochę cukru mniej ☺). Moja mama robi doskonałe serniki, a o kruszonce na cieście drożdżowym marzę jak o wygranej w Lotto.  Dziś też chętnie bawię się z prostą klasyką, oczywiście bez mąki pszennej. Tak strasznie tęsknię za świeżymi malinami!

Składniki na ciasto:
  • 4 łyżki mąki ryżowej
  • 2 łyżki mąki jaglanej 
  • 1 łyżeczka sody oczyszonej
  • 8 łyżek gęstego jogurtu naturalnego (dałam ok. 1,5 opakowania 150g)
  • 2 łyżki ksylitolu/ erytrytolu/ miodu
  • 3 jajka
  • duża garść mrożonych malin

Składniki na polewę:
  • 1 łyżka oleju kokosowego
  • 1 łyżka kakao
  • opcjonalnie łyżka miodu/ ksylitol

Przygotowanie:
Białka ubić na sztywno, odstawić. Żółtka wymieszać z jogurtem, a następnie przesiać do nich mąki wraz z sodą. Zmiksować. Do masy powoli dodawać łyżką ubite białka, delikatnie mieszając. Powstałą masę wylać na blachę (u mnie średnica ok. 25 cm, ale może być trochę mniejsza - ciasto będzie wtedy wyższe). Na masie ułożyć mrożone maliny (wpadną trochę w ciasto). Piec w temperaturze 180 stopni przez 30 minut. Gdy ciasto stygnie można przygotować polewę. Należy podgrzać olej kokosowy i dodać do niego kakao. Dokładnie wymieszać. Można dosłodzić miodem, choć ja nie dosładzam. Czekolada będzie gorzka, co dobrze przełamie słodki smak ciasta i kwaśnych malin. Przed polaniem ciasta dobrze jest chwilę odczekać - aż olej kokosowy zacznie trochę tężeć, a polewa nie będzie całkiem płynna. Dzięki temu nie wsiąknie całkiem w ciasto. Taka ilość polewy będzie wystarczająca do polania łyżką ciasta "pionowo" i "poziomo". Radzę nie wylewać jej na całą powierzchnię, by nie przyćmiła smaku ciasta i nie wybiła się jej gorzkość. 

Życzę pysznych wypieków i miłych chwil niedzielnego popołudnia!

piątek, 3 lutego 2017

maja lunde, "historia pszczół" - recenzja

maja lunde, "historia pszczół" - recenzja





Zostań pszczelim bohaterem i pobierz bezpłatny poradnik o tutaj!

sobota, 21 stycznia 2017

Ekspresowe babeczki bananowe bez glutenu (a tak naprawdę słowo na Dzień Babci)

Ekspresowe babeczki bananowe bez glutenu (a tak naprawdę słowo na Dzień Babci)
 
Dziś Dzień Babci. Moja Babunia odeszła,gdy miałam niespełna 8 lat. Jednak tych kilka pierwszych lat życia wystarczyło, by wytworzyła się między nami trwała więź. Wraz z moją Mamą i Siostrą tworzą wielką triadę kobiet, które podziwiam i może zabrzmi to pompatycznie, ale naprawdę czuję się zaszczycona, że mogłam wzrastać przy ich boku.  

Gdy myślę o Babuni, widzę skórę jej dłoni, cienką i delikatną jak papier ryżowy. Zawsze otwarte ramiona, w które można było wpaść i schować się na przykład podczas wizyty kolędników, których strasznie się bałam. I jeszcze oczy - gdyby ktoś poprosił mnie o definicję najpiękniejszego odcienia niebieskiego wskazałabym na oczy mojej Babci. W zbiór babcinych artefaktów na pewno weszłyby jeszcze chustki, filiżanki z kotkami oraz klocki nie-lego, trzymane w pudełku na wielkiej szafie. 

O kuchni Babuni niestety nie pamiętam zbyt wiele. Jedyne co przychodzi mi na myśl to historia naleśników. Naleśniki występują w niej jako obiekt niespełnionego pożądania. Pewnego razu, już nie pamiętam czy były to wakacje, ferie, a może jakieś inne "wolne", moja siostra wraz z kuzynką zostały u Babci na noc. Po powrocie do domu ciągle słyszałam opowieści o pysznych naleśnikach smażonych przez Babcię. Strasznie wtedy żałowałam, że nie miałam okazji ich posmakować, i że jestem tą małą - za małą na nocowanie poza domem - siostrą. Więc gdybym mogła spotkać się teraz z Babcią, poprosiłabym o te wspaniałe naleśniki, które do tej pory funkcjonują w moim życiu w roli pewnego mitu z dzieciństwa. A tak naprawdę wystarczyłaby możliwość przytulenia się do Babuni choćby przez krótką chwilę...

Ale podobno miało być o  babeczkach:
Babeczki są ekspresowe, zupełnie nie wymagające, a przepisy na nie krążą w sieci od lat, sama nie wiem kto mógłby być ich pierwszym autorem. W sprawdzonej przeze mnie wersji potrzebujemy:
  • 2 dojrzałe banany
  • kilka daktyli (3-5 w zależności od tego jak słodkie babeczki chcemy otrzymać)
  • czubatą łyżkę oleju kokosowego
  • 1 jajko
  • szczyptę sody i soli
  • ok. 8 płaskich łyżek mąki kokosowej
Daktyle zalewamy na chwilę wrzątkiem, rozpuszczamy olej kokosowy. Banany kroimy w plasterki. Wszystkie składniki wrzucamy do blendera i tadam! Mamy ciasto. Ma ono zwartą konsystencję, więc nakładamy je łyżką do foremek na babeczki. Pieczemy około 20 minut w 180 stopniach. Nie wyrastają jak tradycyjne muffiny i przypominają coś pomiędzy brownie a ciasteczkami, ale w smaku są bardzo dobre. Jeśli ktoś lubi bardzo słodkie desery powinien dodać miodu albo erytrytolu, choć dla mnie są w sam raz. Polecam serdecznie, gdy macie mocno dojrzałe banany, goście w drodze albo po prostu "musicie" zjeść coś słodkiego! 



wtorek, 17 stycznia 2017

Copyright © 2016 Pozdrowienia z lasu , Blogger