sobota, 21 stycznia 2017

Ekspresowe babeczki bananowe bez glutenu (a tak naprawdę słowo na Dzień Babci)

Ekspresowe babeczki bananowe bez glutenu (a tak naprawdę słowo na Dzień Babci)
 
Dziś Dzień Babci. Moja Babunia odeszła,gdy miałam niespełna 8 lat. Jednak tych kilka pierwszych lat życia wystarczyło, by wytworzyła się między nami trwała więź. Wraz z moją Mamą i Siostrą tworzą wielką triadę kobiet, które podziwiam i może zabrzmi to pompatycznie, ale naprawdę czuję się zaszczycona, że mogłam wzrastać przy ich boku.  

Gdy myślę o Babuni, widzę skórę jej dłoni, cienką i delikatną jak papier ryżowy. Zawsze otwarte ramiona, w które można było wpaść i schować się na przykład podczas wizyty kolędników, których strasznie się bałam. I jeszcze oczy - gdyby ktoś poprosił mnie o definicję najpiękniejszego odcienia niebieskiego wskazałabym na oczy mojej Babci. W zbiór babcinych artefaktów na pewno weszłyby jeszcze chustki, filiżanki z kotkami oraz klocki nie-lego, trzymane w pudełku na wielkiej szafie. 

O kuchni Babuni niestety nie pamiętam zbyt wiele. Jedyne co przychodzi mi na myśl to historia naleśników. Naleśniki występują w niej jako obiekt niespełnionego pożądania. Pewnego razu, już nie pamiętam czy były to wakacje, ferie, a może jakieś inne "wolne", moja siostra wraz z kuzynką zostały u Babci na noc. Po powrocie do domu ciągle słyszałam opowieści o pysznych naleśnikach smażonych przez Babcię. Strasznie wtedy żałowałam, że nie miałam okazji ich posmakować, i że jestem tą małą - za małą na nocowanie poza domem - siostrą. Więc gdybym mogła spotkać się teraz z Babcią, poprosiłabym o te wspaniałe naleśniki, które do tej pory funkcjonują w moim życiu w roli pewnego mitu z dzieciństwa. A tak naprawdę wystarczyłaby możliwość przytulenia się do Babuni choćby przez krótką chwilę...

Ale podobno miało być o  babeczkach:
Babeczki są ekspresowe, zupełnie nie wymagające, a przepisy na nie krążą w sieci od lat, sama nie wiem kto mógłby być ich pierwszym autorem. W sprawdzonej przeze mnie wersji potrzebujemy:
  • 2 dojrzałe banany
  • kilka daktyli (3-5 w zależności od tego jak słodkie babeczki chcemy otrzymać)
  • czubatą łyżkę oleju kokosowego
  • 1 jajko
  • szczyptę sody i soli
  • ok. 8 płaskich łyżek mąki kokosowej
Daktyle zalewamy na chwilę wrzątkiem, rozpuszczamy olej kokosowy. Banany kroimy w plasterki. Wszystkie składniki wrzucamy do blendera i tadam! Mamy ciasto. Ma ono zwartą konsystencję, więc nakładamy je łyżką do foremek na babeczki. Pieczemy około 20 minut w 180 stopniach. Nie wyrastają jak tradycyjne muffiny i przypominają coś pomiędzy brownie a ciasteczkami, ale w smaku są bardzo dobre. Jeśli ktoś lubi bardzo słodkie desery powinien dodać miodu albo erytrytolu, choć dla mnie są w sam raz. Polecam serdecznie, gdy macie mocno dojrzałe banany, goście w drodze albo po prostu "musicie" zjeść coś słodkiego! 



wtorek, 17 stycznia 2017

piątek, 13 stycznia 2017

Zimowe ciasteczka bezglutenowe

Zimowe ciasteczka bezglutenowe

Publikowanie przepisu na ciasteczka w czasie detoksu cukrowego jest nieco masochistyczne, ale boję się, że do końca miesiąca wychyną pierwsze przebiśniegi i nikt już nie będzie miał ochoty na zimowe smaki.

Z racji tego, że nie używam w domu gotowych mieszanek mąk bezglutenowych, które zazwyczaj są nafaszerowane jakimiś dodatkami, ciasteczka dotychczas wychodziły mi różnie. Zazwyczaj niestety były albo za twarde, albo całkiem się rozpadały, a w smaku daleko im było do kruchych ciasteczek z dzieciństwa. Na szczęście w tym roku mogę ogłosić sukces! Inspirując się przepisem z bloga Cook it lean, stworzyłam wersję, która jest idealna. Pomyślnie przeszły też test wśród bliskich i znajomych, którzy przyzwyczajeni są do pszennych, słodkich wypieków.

W smaku są lekko korzenne, kruche ale nie bardzo twarde. Nie rozpadają się i mogą długo leżakować (choć najczęściej znikają w szybkim tempie). Jako że nie zawsze mamy miarkę lub wagę pod ręką rozpisałam przepis używając miernika, który na pewno każdy posiada, czyli łyżki i łyżeczki.



Zimowe ciasteczka bez cukru i bez glutenu (porcja na jedną dużą blachę, ok. 20 ciastek):

  • 7 łyżek mąki kasztanowej
  • 3 łyżki mąki ryżowej (potrzebna będzie jeszcze do podsypywania)
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • 4 łyżeczki masła
  • 1/2 łyżeczki kakao
  • 3 łyżki erytrytolu
  • 1 łyżka miodu
  • 2 łyżki ksylitolu
  • 1 jajko (oddzielnie białko i żółtko)
  • przyprawy, po szczypcie: kardamonu, sproszkowanego imbiru i goździków

Do większej miski przesiewamy mąki, sodę i sól. 
W garnuszku na najmniejszym ogniu rozpuszczamy masło z kakao, przyprawami, miodem, ksylitolem i erytrytolem, cały czas mieszając do połączenia się składników. Zdejmujemy z palnika, dodajemy jajko i ponownie mieszamy. Powstanie gęsta, ciemna masa, którą po lekkim ostygnięciu (by się nie poparzyć!) wlewamy do suchych składników i wyrabiamy ciasto. Jeśli ciasto będzie się mocno kleić należy dodać mąki. Ciasto powinno pozostać sprężyste, ale nie lepić się do rąk. Następnie owijamy je folią i wkładamy do lodówki na ok. godzinę. Po tym czasie rozwałkowujemy ciasto i wycinamy ciasteczka. Stolnicę i wałek warto podsypywać co jakiś czas mąką ryżową (jest po prostu tańsza od kasztanowej ;) ). Ciasteczka pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około 8-10 minut. 


Lukier:
Po ostygnięciu ciasteczek można przygotować lukier. 6-8 łyżek ksylitolu/erytrytolu należy zemleć w młynku do kawy (ewentualnie rozetrzeć w moździerzu) na "cukier puder". Przesypać na talerzyk  i dolać sok wyciśnięty z połówki cytryny. Zmieszać łyżeczką z "cukrem" aż powstanie gęsty, lekko płynny lukier. W razie potrzeby można dodać więcej soku lub odrobinę przegotowanej wody. Gotowym lukrem polewamy ciasteczka lub jeśli ktoś cierpliwy - przekładamy do szprycy i dekorujemy. 

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Proszę państwa oto jeż!

Proszę państwa oto jeż!


Co prawda Święta Bożego Narodzenia już za nami, jednak zimowa aura pozwala jeszcze trochę nacieszyć się choinką i świątecznymi dekoracjami, których osobiście jestem wielką fanką. To jedyny czas w roku, gdy najchętniej "udziadowałabym" całe mieszkanie ciepłymi "pierdółkami", światełkami, kocami itp. Kilka lat temu udało mi się nawet wyjęczeć szklaną kulę z pozytywką - pełnia kiczu (a, nie sorry to CAMP ;) )osiągnięta!

Mistrzynią we własnoręcznych świątecznych dekoracjach jest niepodważalnie moja Mama, która szydełkiem czyni cuda: aniołki, gwiazdki i śnieżynki do zawieszenia na choinkę oraz serwetki na stoły.

W tym roku i ja zapragnęłam wnieść nieco swojego wkładu w dekoracje rodzinnego domu. Z pomocą włóczek i drutów wykonałam małą choinkę i jeża. Jeż jest prezentem imieninowym dla Mamy. Z entuzjastycznej reakcji wynika, że całkiem jej się spodobał.  Zobaczcie i oceńcie sami!






Do wykonania jeża użyłam wzoru z Annie's Craft Store.
Choinka inspirowana była wzorem Amandy Berry, dostępnym tutaj.

czwartek, 5 stycznia 2017

Podróże palcem po "Mapach" Mizielińskich, edycja pomarańczowa (2016)

Podróże palcem po "Mapach" Mizielińskich, edycja pomarańczowa (2016)


Uwagi Wstępne:

1. Zauważyłam, że od pewnego czasu brakuje mi kontaktu z papierem. Od wielu lat jestem tak przyzwyczajona do pisania na klawiaturze wszelkich tekstów, że ciężko mi zebrać myśli do pisania czegokolwiek na papierze oprócz listów. Z drugiej strony komputer jest dla mnie dużą zasadzką, ponieważ czai się w nim: fejsbuk, wikipedia, fejsbuk, wujek google, fejsbuk, zdjęcia małych kotków, fejsbuk.... itd. Dlatego wymyśliłam sobie, że moje "recenzje" (przynajmniej te książkowe) będę spisywać ręcznie i publikować je w formie skanów. Dla mnie zaś zostanie materialna pamiątka po tym, co poruszy mnie w nadchodzącym roku.

wtorek, 3 stycznia 2017

Witajcie w moim lesie

Witajcie w moim lesie



Mieszkam na skraju lasu. Z mojego domu roztacza się widok na wzgórze. Lubię wchodzić na jego szczyt i patrzeć na mój dom z warsztatem. Muszę wyglądać wtedy "nieprzystająco" do społeczeństwa, bo oczy mi się świecą, a uśmiechem mogłabym zbić każdą nieprzychylną mi myśl. W moim języku na taki stan mówi się szczęście. Potem złażę zazwyczaj z powrotem do domu, parzę herbatę z ususzonych polnych ziół i gapię się na wzgórze. 


Zimą, taką jak teraz - wpinam się w biegówki i maszeruję po lesie. Już prawie nie boję się, że ślady wydeptane na śniegu, mimo swoich mikroskopijnych rozmiarów, należą do niedźwiedzia, który nie ma ważniejszych spraw na głowie od napadania na wariatkę z pobliskiego domu. Na szczęście nie mam astmy wysiłkowej ani żadnych innych dolegliwości jak lenistwo czy marznięcie w temperaturze pokojowej, więc spacery są długie i dają mi dużo satysfakcji. 

Pracuję w swoim warsztacie, gdzie z pasją oddaję się obróbce drewna, a także przygotowuję nowe projekty na produkty z wełny. Stąd też moje prace trafiają na cały świat. Wczoraj wysłałam paczkę do Tuvalu! Doprawdy nie wiem na co komu wełniany sweter w miejscu, gdzie średnia roczna temperatura waha się w granicach 27-30 °C, ale tym większa jest moja motywacja do dalszej pracy!

Moje życie toczy się wokół natury, ale i wokół kultury. Nie wyobrażam sobie dnia bez porcji literatury, a regały uginają się od książek (mimo korzystania od wielu lat z Kindle'a ;) ). Cieszę się, że moje akcje promujące czytelnictwo spotykają się z szerokim zainteresowaniem, i że mogę zarażać miłością do literatury kolejne osoby. Najszczęśliwsza myśl na nadchodzący rok jednak to ta, że niedługo w moim wydawnictwie ukaże się moja książka! Rezultat ewolucji od redaktora do autora ocenicie sami. 

To tak tytułem  wstępu. A tak naprawdę to wszystko bujda i nieprawda. Chociaż wolę myśleć, że to tylko kwestia czasu. 

Chwilowo zapraszam Was do zostawiania śladów tutaj. Porozmawiamy o książkach, filmach, jedzeniu, wełnie i bawełnie, a czasem o rzeczach ważnych i mniej ważnych. Ten las sam jest dla mnie zagadką i jestem ciekawa, gdzie mnie zaprowadzi. 

A potem zaproszę Was na herbatę i pogapimy się na wzgórze, obiecuję!

Copyright © 2016 Pozdrowienia z lasu , Blogger