wtorek, 21 marca 2017

Światowy Dzień Poezji: Polacy nie gęsi - swe poetki mają

Światowy Dzień Poezji: Polacy nie gęsi - swe poetki mają




Ostatnio na Instagramie zaobserwować można szał na "Mleko i miód" Rupi Kaur. Z jednej strony bardzo mnie to cieszy, zwłaszcza, gdy po poezję sięgają osoby, które na co dzień zaczytują się przede wszystkich w bestsellerowych powieściach popularnych (czasem się zastanawiam, jak niektórzy je rozpoznają, bo te historie bywają niemal identyczne). Z drugiej strony marzy mi się taki zdjęciowy boom na jakiś nowy tom rodzimej poetki. A tych mamy naprawdę sporo - i to na jakim poziomie!

No właśnie, jak to jest z tą poezją u Was? Jeśli mielibyście z marszu wymienić 3 polskie poetki, kto by to był? Obstawiam, że jedną z nich na pewno byłaby Wisława Szymborska. No nie ma innej możliwości! Nobel zobowiązuje.



A co dalej?

Może mistrzyni miniatur Maria Pawlikowska-Jasnorzewska?


WESTCHNIENIA

Morze jest dzisiaj smutne. Westchnienia się żalą
przy brzegu porośniętym siwo-złotą sierścią.
Jak pierś wznosi się fala i ginie za falą.
Morze wzdycha falami. Ziemia — moją piersią.


Całość tomu "Pocałunki" możecie legalnie i całkowicie za darmo przeczytać tutaj: link

Po Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej od razu na myśl przychodzi mi nasza częstochowska Halina Poświatowska. Jeśli będziecie kiedyś w Częstochowie, koniecznie zajrzyjcie na ulicę Jasnogórską do rodzinnego domu Haśki. Znajduje się tam muzeum poświęcone poetce, które prowadzi jej brat. Jest to człowiek całkowicie poświęcony utrwalaniu pamięci o siostrze i jeśli tylko wyrazicie chęć, opowie Wam wiele historii z nią związanych. Dodatkowym atutem są łaszące się do zwiedzających koty! Niedawno wyszła też biografia Poświatowskiej - "Uparte serce" autorstwa Kaliny Błażejowskiej, którą Wam serdecznie polecam. Czyta się jak dobrą powieść, a ja momentami ryczałam jak bóbr, chociaż naprawdę już mało co wzrusza mnie w  literaturze. Tymczasem posłuchajcie jednego z utworów Haliny w wykonaniu Janusza Radka. Mam ciary za każdym razem, gdy tego słucham i (prawie) zupełnie się tego nie wstydzę: 





Nie wyobrażam sobie też nie wspomnieć o królowej piosenki, czyli Agnieszki Osieckiej. Nie znam piękniejszej korespondencji od listów Osieckiej z Jeremim Przyborą. Jeżeli jeszcze nie przeczytaliście "Listów na niewyczerpanym papierze" - gorąco zachęcam. Krótki fragment:

"Bo ja się wtedy nawet starałam pilnować, żeby nie zajść w złudzeniach za daleko, żeby w pewnym momencie nie dostać po głowie. No i przede wszystkim starałam się “na nas” nic nie budować. To miała być zupełnie nieżyciowa historia, bukiecik bladych fiołków."

Jeśli Osiecka śpiewana, to przede wszystkim w interpretacji Magdy Umer:


I jeszcze fragment, który towarzyszył mi zawsze przy, nazwijmy to:  celebrowaniu życia studenckiego:

"Stoczmy się dzisiaj, stoczmy się ciut, zwitkaczmy się odrobinkę, jak długo można w świecie złym kretyńskim być motylkiem?"

No dobra, ale co dzieje się z poezją kobiet współcześnie? Żyje i ma się całkiem dobrze! Mamy naprawdę wiele poetek, którymi możemy się chwalić. W pierwszych słowach wypadałoby zwrócić uwagę na zeszłoroczną laureatkę Nike, czyli Bronkę Nowicką. Jej "Nakarmić kamień" to debiut literacki, lecz autorka znana jest w świecie sztuki jako reżyserka i scenarzystka. 

"Nie pragnę, żeby martwe rzeczy były żywe – mówi Bronka Nowicka. – Chciałabym, żeby żywi ludzi byli mniej martwi. O tym jest dla mnie ta książka."

Zostawiam Was z  odsyłaczami do wybranych wierszy czterech bliskich mi poetek. Niech słowo broni się samo:

Agnieszka Wolny-Hamkało - 5 wierszy dostępnych tutaj: link
Justyna Bargielska (!!! moja ulubiona autorka - koniecznie zapoznajcie się z "Bach for my Baby" i z "Nudelmanem" !!!) - "Dzisiaj w amfiteatrze występuje morze" - dostępne tutaj: link
Marta Podgórnik - cztery wiersze dostępne tutaj: link
Julia Fiedorczuk - cztery wiersze dostępne tutaj: link

A jeśli chcecie poznać więcej poezji współczesnej pisanej przez Polki sięgnijcie do "Solistek", wydanych w 2009 roku. Jest to antologia poezji kobiet od 1989 do 2009 roku. W książce zebrano utwory 41 autorek - jest to więc idealna okazja, by poznać przekrój polskich poetek współczesnych i inspiracja do sięgania bliżej po te, których poezja nas za sobą pociągnie. Ale liczba 41 nie jest przypadkowa:
 "to oczywiście liczba umowna, symbolicznie "niepasująca", zaburzająca stereotypowy odbiór - mówi Joanna Mueller w rozmowie redaktorek, zamieszczonej na końcu tomu - Już sama asymetria tej liczby "otwiera" książkę na inne poetki, których głosy z róznych względów nieznalazły się w naszej antologii. One wszystkie do tej pory robiły w chórkach. W przeciwieństwie do niepodległości głosu [...] - kobiecy głos poetycki został tak ustawiony, by nie zakłócał odbioru głosów męskich". 

Chyba najwyższy czas  coś z tym zrobić? To co, możemy się umówić, że kolejną, po Rupi Kaur, książką poetycką, która trafi w Wasze ręce będą "Solistki"? Albo chociaż tom wybranej polskiej poetki? Kto przyjmuje wyzwanie? 

sobota, 18 marca 2017

10 czytelniczych faktów o mnie

10 czytelniczych faktów o mnie

Pomyślałam, że jako gospodyni wypadałoby się trochę bardziej przedstawić. A ponoć najlepiej poznaje się człowieka przez książki. Przedstawiam Wam więc 10  czytelniczych faktów o mnie:

1. Nauczyłam się czytać w wieku czterech lat. A przynajmniej wtedy odkryli to moi rodzice, gdy podbiegłam do Taty z pytaniem o hasło do krzyżówki, którego nie znałam (ehe, przy okazji odkryli też, że umiem pisać ;) ).

2. Gdy tylko nauczyłam się pisać, zadebiutowałam i rozpoczął się mój wielki boom wydawniczy. Wyglądało to tak, że zapisywałam zeszyty opowiadaniami lub czymś na kształt wierszy (całe szczęście białych! - do tej pory nie umiem rymować i mam drgawki, gdy czytam nieudolne rymoklectwo) i obdarowywałam nimi całą rodzinę na każdą okazję. Każda książka była unikatem z ważną notą edytorską: "napisała: Julita Paprotna, zilustrowała: Julita Paprotna + rok i miejsce wydania". Pełna profeska!

3. Po dwóch latach podstawówki przeczytałam WSZYSTKIE dostępne książki ze szkolnej biblioteki. Co prawda nie miała ona jakichś wielkich rozmiarów, ale mimo to nie było to chyba normalne. Dostałam nawet nagrodę za czytelnictwo, niestety w kolejnych latach to wyróżnienie mnie omijało  - po co czytać drugi raz to samo, gdy istnieje miejska biblioteka i starsza siostra!

4. Uwielbiałam podkradać lektury szkolne mojej starszej o 5 lat siostrze. Dzięki temu obyłam się bez mąk piekielnych przy czytaniu szkolnych lektur - większość z nich miałam już przeczytanych bez przymusu. Skutkiem ubocznym było to, że przeczytałam "Buszującego w zbożu" zdecydowanie ZA wcześnie. ;)

5. Czasem dostawałam od Mamy ban na czytanie - pewnie martwiła się o brak ruchu i pogorszenie wzroku (w sumie od tego czasu niewiele się zmieniło :D). Wtedy zamykałam się w łazience, udawałam, że boli mnie brzuch, a tymczasem siadałam na pralce i kontynuowałam czytanie. A książki chowałam w bębnie. To chyba cud, że żadna nie została nigdy wyprana.

6. Dopiero podczas studiów polonistycznych dotarło do mnie, że nie muszę czytać książek od deski do deski. Pewnie spowodowane było to znacznym ograniczeniem czasu na czytanie dla przyjemności i nawałem lektur obowiązkowych. Szkoda więc było tracić czas na coś, co mnie nie porywa lub po prostu jest kiepsko napisane.

7. W ogóle filologia wypracowała we mnie jakąś zasadę "no mercy" wobec książek. Gdzieś w połowie studiów dotarło do mnie, że książka jest przedmiotem. Na dodatek przedmiotem użytkowym i daleko jej do świętości. Jest też moim własnym dobrem materialnym, którym mogę zarządzać, jak mi się podoba i dowolnie go personalizować. Przełamałam się wewnętrznie i zaczęłam bazgrolić po niektórych książkach, które wiem, że raczej nie pójdą w świat. Zakreślam, podkreślam, dopisuję swoje uwagi i prawie nie miewam już z tego powodu wyrzutów sumienia. Pierwszym takim egzemplarzem jest "Jak powieść" Daniela Pennaca (autor powieści detektywistycznych i książek dla dzieci zastanawia się, kto zabił w młodych ludziach niewymuszoną przyjemność czytania).Swoją drogą serdecznie polecam - świetna pozycja, do której chce się wracać.

8. Ponad rok temu odważyłam się w końcu na gest, o którym myślałam od dawna, czyli.... pozbycie się starych podręczników i książek, które według mnie nie powinny ujrzeć światła dziennego i ludzkość nie ucierpi na ich braku. Wyniosłam na makulaturę mały stosik, a poczułam się lżejsza o tonę. Wspaniałe uczucie pokazać niektórym pozycjom, gdzie ich miejsce ;) Polecam!

9. Nałogowo kupuję książki dla córki i syna. Mają już naprawdę sporą biblioteczkę. Chyba nie muszę dodawać, że nie mam dzieci i raczej w najbliższym czasie się to nie zmieni ;).

10. Nie przeczytałam w całości trylogii Sienkiewicza i nie zamierzam tego robić. Mea culpa. #teamGombrowicz


Czekam na Wasze wyznania z zakresu książkowo-czytelniczych ciekawostek i dziwactw! Napiszcie w komentarzach tu lub na Instagramie!

wtorek, 7 marca 2017

5 filmów na dzień kobiet

 5 filmów na dzień kobiet

Z okazji jutrzejszego Dnia Kobiet, życzę Wam Kochane Kobiety, by kolejny 8 marca był dniem naszego święta, a nie strajku. 

Kochani Mężczyźni, wspierajcie nas tak, jak wielu bohaterów z ekranu. Wiem, że wielu z Was już to robi i za to Wam dziękujemy. Nie udawajmy, że problemy sztucznie wytwarzanej nierówności płciowej nie istnieją, lecz walczmy z nimi także w codziennych czynnościach i najmniejszych gestach.

Kochani, wychowujmy dziewczynki i chłopców we wzajemnym poszanowaniu. To oni sprawią, że jeszcze będzie normalnie. Jeszcze będzie pięknie. 

Poniżej przedstawiam Wam 5 filmów o kobietach. Choć z pewnością obrazy te podniosą Wam ciśnienie i przyniosą frustracje, mam nadzieję, że w ogólnym rozrachunku dodadzą Wam siły! 


1. Ukryte działania (reż. Theodore Melfi, 2016) 


Okres zimnej wojny. Między blokiem wschodnim a zachodnim trwa wielki wyścig kosmiczny. Rosjanie i Amerykanie rywalizują w próbach eksploracji przestrzeni kosmicznej i w wysłaniu w kosmos pierwszego człowieka. Pamiętając o sytuacji w Ameryce przełomu lat 50. i 60., wyobrażamy sobie zespoły inżynierów, złożonych z  białych mężczyzn w okularach. Tymczasem w podziemiach NASA zatrudnionych było kilkadziesiąt czarnych kobiet, w roli tzw. "ludzkich komputerów". Ukryte działania to opowieść oparta o prawdziwą historię  trzech z nich: Katherine G. Johnson (Taraji P. Henson), Mary Jackson (Janelle Monae) i Dorothy Vaughan (Octavia Spencer). To historia tych, które burzyły mury segregacji rasowej. Przeszkody kulturowo-społeczne, jakie musiały pokonać, by móc korzystać ze swoich wybitnych umiejętności w męskich, "białych" zespołach pokazują ich siłę i pewność własnych racji. Zdeterminowanie Mary Jackson, by zostać pierwszą czarną kobietą inżynier powinno być przykładem dla wszystkich tych, których wciąż uciskają sztuczne bariery. Bardzo polecam ten film zwłaszcza teraz, gdy wydawałoby się, że segregację rasową powinniśmy już traktować jako niesmaczną klęskę ludzkości, którą mamy już za sobą, tymczasem problem ten zaczyna na nowo narastać, a w narodach odzywa się źle pojmowany nacjonalizm.

Po seansie zachęcam też do przyjrzenia się bliżej projektowi From Hidden to Modern Figures na stronie NASA. Znajdziemy odpowiedzi na wiele pytań, rodzących się w trakcie oglądania filmu (link: tutaj)


2. Wielkie oczy (reż. Tim Burton, 2014) 


Kolejna propozycja to także historia biograficzna. Tym razem malarki - Margaret Keane, w której rolę wcieliła się Amy Adams (tak niedoceniona w tegorocznych nominacjach do Oscarów). Keane jest znana z portretów, których znakiem charakterystycznym są tytułowe wielkie oczy postaci. Fani Tima Burtona mogą być trochę zaskoczeni. Po pierwsze brakuje charakterystycznych aktorów dla tego reżysera: Johnego Deppa, Heleny Bohnam Carter, czy ostatnio Evy Green. Nie ma też "odjechanych" efektów, jak z Alicji w krainie czarów. Jest za to niezwykle wysmakowana estetycznie oprawa, cukierkowa i chciałoby się rzec "urocza". Za tą słodką zasłoną kryje się jednak temat przemocy domowej. Psychicznego poniżania i wybijania "męskiego ego" na krzywdzie poniżanej kobiety. Zaczyna się jak zwykle w takich historiach niewinnie, sielsko, a w połowie seansu ma się ochotę przejść na drugą stronę ekranu i, że pozwolę sobie tak brzydko powiedzieć, "dać w ryj" drugiemu mężowi Margaret (granemu przez Christopha Waltza). Wielkie oczy to podobnie jak Ukryte działania film o niesprawiedliwości i o tym, że to kobiety musiały (muszą?) wciąż udowadniać światu, że nie za wszystkim, co wartościowe musi z góry stać mężczyzna (a myślicie, że czemu J.K. Rowling nie występuje na okładkach jako Joanne?).   


3. Projektantka (reż. Joeclyn Moorhouse, 2015)


Pierwszym argumentem na rzecz tego filmu jest to, że gra w nim Liam Hemsworth. Jeśli właśnie Cię nie przekonałam, to trochę nie wiem, czy jeszcze zdołam, bo prawdopodobnie jesteś mężczyzną, więc naprawdę piękne kiecki  również mogą nie wystarczyć. To taki prztyczek w stronę stereotypów ;). Projektantka to historia Myrtle "Tilly" Dunnage, która po latach wraca do swojego rodzinnego miasteczka. Jej życie to materiały i piękne kreacje. Nie zawsze jednak tak było. Zaściankowe miasteczko kryje swoją tajemnicę. Myrtle próbuje wrócić do historii z dzieciństwa, przez którą została wygnana z miejscowości, i która z jednej strony zrujnowała jej życie, a z drugiej była "kopem" do osiągnięcia światowego sukcesu. Wraca na prawach "czarownicy", której należy unikać, lecz powoli swoimi strojami wkupuje się w łaski miejscowych kobiet (wiadomo nie wszystkich - zawsze znajdzie się jakaś zawistna "krowa", która nie zniesie zagrożenia swojej pozycji w stadzie). Pomaga też młodym mieszkankom miasta w porzuceniu skostniałych tradycji i konwenansów, dodaje im pewności siebie. Ale jak to w życiu bywa, kiedy wszystko zmierza już ku szczęśliwemu finałowi następuje niespodziewany cios, który ponownie wywraca wszystko do góry nogami. Jak poradzi sobie Myrtle? Zobaczcie koniecznie! Żeby nie było, że kuszę tylko Liamem - Kate Winslet jak zwykle boska!


4. Viviane chce się rozwieść (reż. Ronit i Shlomi Elkabetz, 2014)


120 minut filmu w jednym małym pomieszczeniu - sali sądowej i krótkie sceny z równie klaustrofobicznego korytarzyka przed salą brzmią mało atrakcyjnie? Nic bardziej mylnego. Przez cały seans siedziałam wbita w fotel, a emocje i myśli nieustannie kotłowały się w głowie. Viviane chce się rozwieść to kolejny film rodzeństwa Ronit i Shlomi Elkabetzów, a rolę tytułowej bohaterki gra właśnie Ronit. To opowieść o małżeństwie, które od lat tkwi w separacji, jednak mąż nie zgadza się na rozwód. W izraelskiej rzeczywistości nie istnieją żadne świeckie regulacje dotyczące otrzymania rozwodu. Decydujący głos mają tam "sądy religijne", czyli tak naprawdę zasiadający w nich rabini.  A wiadomo - jeden rabin powie tak, a inny powie nie. ;) W każdym razie bez zgody męża rozwodu nie będzie. Tyradę o wolność i godność, którą wraz ze swoim adwokatem prowadzi Ronit naprawdę trudno porównać do czegokolwiek. Pomysły rabinów na rozwiązanie sprawy przechodzą najśmielsze wyobrażenia. Czasem wybuchasz śmiechem, ale to śmiech frustracji i absurdu. Zaś cierpliwość Ronit i próby podporządkowania zaleceniom sądu są godne podziwu. Na zachętę dodam tylko, że pierwszy raz widziałam ten seans baaaardzo późnym wieczorem w krakowskim Kinie Pod Baranami, a po seansie (naprawdę baaardzo, baaaaardzo późną porą) podeszła do nas obca kobieta z widowni, by wspólnie porozmawiać o tym, co zobaczyliśmy. Na dodatek okazało się, że zobaczyliśmy zupełnie inne obrazy i byliśmy zaskoczeni, jak w różny sposób można odczytać ten sam film. Po którym seansie kinowym spotkała Was taka historia?


5. Dziewczynka w trampkach (reż. Haifaa Al-Mansour, 2012)


Na zakończenie zestawienia film już nieco starszy i przynajmniej kilkakrotnie pokazywany na różnych kanałach telewizyjnych. Myślę jednak, że to historia do której warto wracać. Opowiada o Wadjdzie, która ma 10 lat i mieszka w Arabii Saudyjskiej. W szkole uchodzi za buntowniczkę, ponieważ chodzi w porysowanych długopisem trampkach i próbuje bawić się z chłopcami, nieźle co? Jej największym marzeniem jest rower, którego jednak nie wypada jej mieć, bo dziewczynkom w jej kraju nie przystoi taka frywolna aktywność. Wadjda jednak się nie poddaje i chce sama zebrać pieniądze na wymarzony pojazd, biorąc udział w konkursie recytacji Koranu. Dziewczynka w trampkach pokazuje rzeczywistość kobiet i dziewczynek w jednym z najbogatszych muzułmańskich krajów. Przykładem kuriozum z naszego, europejskiego punktu widzenia jest już sam fakt, że reżyserka filmu podczas zdjęć na planie filmowym musiała przebywać w furgonetce, skąd oglądała grę aktorów na ekranie, a z ekipą kontaktowała się przez walkie-talkie, ponieważ w Arabii Saudyjskiej przebywanie kobiety z obcymi mężczyznami jest zabronione. Mimo wszystko uważam, że Dziewczynka w trampkach to film ciepły, który przypomina nam, że wszelkie podziały kulturowo-społeczno-obyczajowe to sztuczne twory dorosłych. W świecie dzieci każdy jest równy, chyba że nauczymy je inaczej. I właśnie naszym zadaniem jest teraz, by tej niewinnej dziecięcej dobroci nie spaprać. 

sobota, 4 marca 2017

William paul young, "Chata" - kilka słów po lekturze

William paul young, "Chata" - kilka słów po lekturze







PS, Właśnie przeczytałam na szybko ten tekst i zauważyłam błędy. Też je pewnie zauważyliście, bo przynajmniej w jednym miejscu nie da się czytać ;). Normalnie w takiej sytuacji dokonałabym skreślenia, ponownego skanowania i podmiany strony, ale wiecie, co? Chrzanić ten perfekcjonizm. Tworzę te zapiski "na gorąco", bez brudnopisu, więc dopuszczam przecinki w niewłaściwych miejscach i takie tam. Mea culpa i wybaczcie! To pewnie przez to przedwiosenne słońce nad lasem! Trzymajcie się ciepło! 
Copyright © 2016 Pozdrowienia z lasu , Blogger