sobota, 18 marca 2017

10 czytelniczych faktów o mnie


Pomyślałam, że jako gospodyni wypadałoby się trochę bardziej przedstawić. A ponoć najlepiej poznaje się człowieka przez książki. Przedstawiam Wam więc 10  czytelniczych faktów o mnie:

1. Nauczyłam się czytać w wieku czterech lat. A przynajmniej wtedy odkryli to moi rodzice, gdy podbiegłam do Taty z pytaniem o hasło do krzyżówki, którego nie znałam (ehe, przy okazji odkryli też, że umiem pisać ;) ).

2. Gdy tylko nauczyłam się pisać, zadebiutowałam i rozpoczął się mój wielki boom wydawniczy. Wyglądało to tak, że zapisywałam zeszyty opowiadaniami lub czymś na kształt wierszy (całe szczęście białych! - do tej pory nie umiem rymować i mam drgawki, gdy czytam nieudolne rymoklectwo) i obdarowywałam nimi całą rodzinę na każdą okazję. Każda książka była unikatem z ważną notą edytorską: "napisała: Julita Paprotna, zilustrowała: Julita Paprotna + rok i miejsce wydania". Pełna profeska!

3. Po dwóch latach podstawówki przeczytałam WSZYSTKIE dostępne książki ze szkolnej biblioteki. Co prawda nie miała ona jakichś wielkich rozmiarów, ale mimo to nie było to chyba normalne. Dostałam nawet nagrodę za czytelnictwo, niestety w kolejnych latach to wyróżnienie mnie omijało  - po co czytać drugi raz to samo, gdy istnieje miejska biblioteka i starsza siostra!

4. Uwielbiałam podkradać lektury szkolne mojej starszej o 5 lat siostrze. Dzięki temu obyłam się bez mąk piekielnych przy czytaniu szkolnych lektur - większość z nich miałam już przeczytanych bez przymusu. Skutkiem ubocznym było to, że przeczytałam "Buszującego w zbożu" zdecydowanie ZA wcześnie. ;)

5. Czasem dostawałam od Mamy ban na czytanie - pewnie martwiła się o brak ruchu i pogorszenie wzroku (w sumie od tego czasu niewiele się zmieniło :D). Wtedy zamykałam się w łazience, udawałam, że boli mnie brzuch, a tymczasem siadałam na pralce i kontynuowałam czytanie. A książki chowałam w bębnie. To chyba cud, że żadna nie została nigdy wyprana.

6. Dopiero podczas studiów polonistycznych dotarło do mnie, że nie muszę czytać książek od deski do deski. Pewnie spowodowane było to znacznym ograniczeniem czasu na czytanie dla przyjemności i nawałem lektur obowiązkowych. Szkoda więc było tracić czas na coś, co mnie nie porywa lub po prostu jest kiepsko napisane.

7. W ogóle filologia wypracowała we mnie jakąś zasadę "no mercy" wobec książek. Gdzieś w połowie studiów dotarło do mnie, że książka jest przedmiotem. Na dodatek przedmiotem użytkowym i daleko jej do świętości. Jest też moim własnym dobrem materialnym, którym mogę zarządzać, jak mi się podoba i dowolnie go personalizować. Przełamałam się wewnętrznie i zaczęłam bazgrolić po niektórych książkach, które wiem, że raczej nie pójdą w świat. Zakreślam, podkreślam, dopisuję swoje uwagi i prawie nie miewam już z tego powodu wyrzutów sumienia. Pierwszym takim egzemplarzem jest "Jak powieść" Daniela Pennaca (autor powieści detektywistycznych i książek dla dzieci zastanawia się, kto zabił w młodych ludziach niewymuszoną przyjemność czytania).Swoją drogą serdecznie polecam - świetna pozycja, do której chce się wracać.

8. Ponad rok temu odważyłam się w końcu na gest, o którym myślałam od dawna, czyli.... pozbycie się starych podręczników i książek, które według mnie nie powinny ujrzeć światła dziennego i ludzkość nie ucierpi na ich braku. Wyniosłam na makulaturę mały stosik, a poczułam się lżejsza o tonę. Wspaniałe uczucie pokazać niektórym pozycjom, gdzie ich miejsce ;) Polecam!

9. Nałogowo kupuję książki dla córki i syna. Mają już naprawdę sporą biblioteczkę. Chyba nie muszę dodawać, że nie mam dzieci i raczej w najbliższym czasie się to nie zmieni ;).

10. Nie przeczytałam w całości trylogii Sienkiewicza i nie zamierzam tego robić. Mea culpa. #teamGombrowicz


Czekam na Wasze wyznania z zakresu książkowo-czytelniczych ciekawostek i dziwactw! Napiszcie w komentarzach tu lub na Instagramie!

8 komentarzy:

  1. Cudowne ;) Ja w gimnazjum przeczytałam wszystko co napisała Agatha Christie :), a nie umiałam dokończyć Zbrodni i Kary...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja do Agathy sięgnęłam dopiero w liceum. Echh pewnie byłoby łatwiej, gdyby system edukacji przewidywał wprowadzenia do lektury. A tak to trzeba czytać "wielkie książki", o których wiemy tyle, że ktoś je uważa za "wielkie", ale do końca nie wiemy dlaczego, bo ich nie rozumiemy. Ach, ale nie będę się rozwodzić nad oświatą, bo się za bardzo zdenerwuję :D

      Usuń
  2. Nooo, imponujące niektóre punkty! Byłaś trochę jak Tomek Beksiński z tym self publishingiem :D Ja wydawałam w ten sposób czasopismo dedykowane siostrze (ilość nakładu: 1 egzemplarz) i sprzedawałam jej za złotówkę :D Zawsze była bardziej przy kasie...

    PytamKsiazki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah, to widzę, że byłaś bardziej obrotna ode mnie! Ja głupia wszystko za darmo rozdawałam. Nigdy nie miałam w sobie żyłki biznesu :P.

      Usuń
  3. Oo tak. Kupowanie książek dla "przyszłych dzieci" jest moja zmorą :D Ale wmawiam sobie, że to wina studiów artystycznych i mojej wrażliwości na piękne ilustracje. No po prostu nie mogę się oprzeć. Chociaż walczę z tym - od początku 2017 roku nie kupiłam żadnej książki! Ani dla siebie, ani dla "moich dzieci" :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam to samo! No przecież kupno książki z TAKIMI ilustracjami to prawie jak inwestycja w sztukę. Trzeba od małego kształtować wrażliwość na estetykę. :D

      Usuń
    2. To ja ci coś jako magister sztuki powiem po cichu: To JEST inwestycja w sztukę. Teraz straciłaś argument. :P

      Usuń
  4. W moim przypadku było inaczej.. Nauczyłam się czytać dopiero w drugiej klasie podstawówki, bo mojej mamie nie podobało się, że wszyscy czytają, a ja nie 😞 a od trzeciej klasy rokrocznie dostawałam nagrody za I miejsce w konkursie czytelniczym... I teraz ciągle na mnie krzyczą, że książek mam już nie kupować 😁😂

    P.S. nie zamierzam przestać 💙

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Pozdrowienia z lasu , Blogger